Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
11 Kwi
 KOMENTARZY
, , , ,
#Dziennik

24

Przyjęło się, że urodziny to taki dzień w roku, który zmusza do refleksji. Nad osiągniętymi celami, jak i tymi do osiągnięcia. Nad przyszłością. Tak myślę i myślę, ale tylko jedno przychodzi mi dziś do głowy: stara dupa ze mnie.

No dobra, żartowałem.

Lata mijają, a ja z każdym rokiem jestem inny. Gdy przypominam sobie siebie sprzed dwóch wiosen widzę kolosalną różnicę. Wiem, że idę w dobrą stronę. Cieszy mnie to bardzo, bo czuję nieustanny progres. Z każdym kolejnym miesiącem wiem więcej, patrzę szerzej.

I sądzę, że słowo ‚zmiana’ nie jest tu adekwatne. Ja nie czuję, że się zmieniam, tylko że coraz bardziej się przebudzam. Szerzej otwieram oczy i doświadczam więcej – więcej widzę, słyszę, czuję, rozumiem. Towarzyszy mi takie dziwne uczucie, że odkrywam w sobie całe kilometry niezagospodarowanej przestrzeni, o której nie miałem wcześniej pojęcia, że w ogóle istnieje.

Przez ostatni rok dużo bardziej otworzyłem się na ludzi. Staram się dostrzegać pozytywne cechy w każdym człowieku. Kiedyś bardzo szybko skreślałem osoby za byle pierdołę, co było piramidalną głupotą. Wiadomo, że nie każdy jest doskonały. Ja nie jestem. A przez pochopne ocenianie można stracić szansę na poznanie wielu wyjątkowych osób.

Otworzyłem się na filozofię wschodu, nowe gatunki muzyczne, ciekawe poglądy. Przestałem brać swoje obecne przekonania i doświadczenia za pewnik, zamiast tego doceniłem ile daje kwestionowanie. Kwestionowanie wszystkiego. Zrozumiałem, że nie warto w życiu się ograniczać i trzeba poznawać, uczyć się, chłonąć jak najwięcej. Sprawdzać nieznane do tej pory sfery, by zdobyć doświadczenie i być może zainteresować się na dłużej rzeczami, obok których w normalnych okolicznościach przeszlibyśmy obojętnie.

Nie wiem dlaczego, ale przypomniała mi się sytuacja chyba sprzed roku, kiedy pojechałem autem na urodziny kumpla. Planowałem zostać krótko. Impreza była fajna, tym bardziej że sponsorowana głównie przez Mary Jane. Gdy wyszedłem na podwórko strasznie lało. Było ciemno i nie mogłem znaleźć auta. Mój stan świadomości nie ułatwiał mi zadania, ale po kilku minutach mi się udało.

Wyjechałem na główną drogę. Do domu miałem niedaleko. Mój samochód sunął przez śliniącą się potokami deszczu ulicę, po drodze mijałem rozmazane przez deszcz neony i uliczne lampy.

Włączyłem moją ulubioną składankę IAMX & Sneaker Pimps.

Gdy pierwsze dźwięki piosenki swobodnie rozpłynęły się po samochodzie i przeszły przez moje ciało poczułem dreszcze. Byłem w innej rzeczywistości. Droga przede mną była surrealistyczna, mroczna i piękna zarazem. Czułem się jak bohater filmu, który wraca przez skąpane w deszczu miasto nocą. Wiatr tańczył z jesiennymi liśćmi unoszącymi się wszędzie i wirującymi szaleńczo przed autem, na przystankach i chodnikach. Czułem euforię i spokój zarazem. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu i byłem obserwatorem nocnej jazdy.

Wycieraczki pracowały na pełnych obrotach, samochód przesuwał się powoli, a moje oczy obserwowały spokojną, skąpaną w deszczu i czeluściach nocy okolicę. Cała scena wydała mi się jakimś pięknym, nieuchwytnym snem, którego nie mogę zatrzymać na zawsze, którym muszę się cieszyć właśnie w tej jednej, szczególnej chwili.

Otworzyłem okno po stronie kierowcy i do samochodu wdarł się orzeźwiający, pachnący deszczem wiatr. Podkręciłem dźwięki wydobywające się z odtwarzacza i oddałem się wizji, chciałem być jej częścią w każdym calu. Mijałem latarnie, ciemne uliczki i przesuwające się raz za razem domki jednorodzinne. Minąłem moje stare liceum i jechałem drogą, którą kiedyś codziennie chodziłem do szkoły. Kiedyś, kiedy nie byłem jeszcze sobą. Kiedy żyłem dla innych, zamiast dla siebie. Zamknięty w ciasnej skorupie nakazów, spętany ogólnie przyjętymi normami, z klapkami na oczach. Kiedy nie wiedziałem, że życie może w głównej mierze być piękne, pełne i takie, jakim tego chcemy.

Zobaczyłem człowieka, który mimo deszczu szedł wolnym krokiem przed siebie i po prostu mókł. Następnie dziewczynę, skręcającą w jakieś pogrążone we śnie osiedle. Przypomniał mi się tekst piosenki T.Love – To wychowanie:

„Cześć, gdzie uciekasz

Skryj się pod mój parasol

Tak strasznie leje i mokro wszędzie

Ty dziwnie oburzona odpowiadasz – nie trzeba

Odchodzisz w swoją stronę, bo tak cię wychowali”

Droga do domu nie była długa, ale ja miałem wrażenie, że ciągnęła się w nieskończoność. Gdy już zaparkowałem pod domem uśmiechnąłem się i wiedziałem, że przeżyłem coś wyjątkowego.

Tak na marginesie.

Serio stara dupa ze mnie.

Tagi:, , , ,
comments powered by Disqus

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.