Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
17 Wrz
 KOMENTARZY
, , ,
#Podróże

Filipiny V: Zagubieni

Jesteśmy na prawie bezludnej plaży. Pływamy w morzu ciesząc się ciepłymi, gwałtownymi falami. Jemy pieczonego kalmara, pijemy dużo alkoholu. Beztrosko puszczamy w obieg kolejnego jointa.

Za 24 godziny rozpoczniemy walkę o przeżycie.

Nie widziałem w życiu zbyt wielu dobrych horrorów/thrillerów. Szczególnie w amerykańskim kinie na próżno szukać wymyślnych scenariuszy, zaskakujących konstrukcji fabularnych. Zawsze ten sam banał: grupa młodych ludzi jedzie na wycieczkę. Najpierw jest sielanka, przedstawienie bohaterów – beztroskich, uśmiechniętych i trochę bezmyślnych. Wtedy nadchodzi przełomowy moment, wszystko idzie nie tak jak powinno, zaczynają się kłopoty.

Cóż, wychodzi na to, że życie uwielbia banalne historie.

Początek

Dobiliśmy do plaży Anawangin Cove. Zeskoczyłem z łodzi prosto w morze. Woda była ciepła, a widok na wyspę wydawał się surrealistyczny. Takie miejsca oglądałem dotąd tylko na zdjęciach i filmach.

Byłem zachwycony, bo okazało się, że plaża jest prawie nietknięta przez człowieka. Nie było tam żadnych barów, hoteli, klubów. Tylko chatki z bambusa, mała wioska wtopiona w palmy.

Kraby uciekały spod moich stóp, gdy dreptałem w stronę zabudowań. Zajęliśmy spory szałas, pod którym mieścił się duży stół, ławki i palenisko. Gdy tylko znieśliśmy tam wszystkie bagaże, wskoczyliśmy do słonej wody i cieszyliśmy się falami. Benz w tym czasie przygotowywał nam posiłek składający się z kurczaka, kalmarów i innych pyszności zakupionych na bazarze dwie godziny wcześniej.

Szedłem po plaży uważnie przyglądając się zabudowaniom. Już myślałem, że jesteśmy na plaży sami (jeśli nie liczyć tubylców), wtedy jednak zauważyłem łódź wypełnioną Azjatami, na oko dziesięć osób. Zajęli szałas obok nas.

Nasza ekipa składała się z ośmiu ludzi. Czas płynął nam beztrosko. Ciepłe i soczyste potrawy przepijaliśmy rumem. Paul kręcił potężne jointy. Nawet nie przeszkadzał nam brak słońca.

– Zaczyna się jak nowy sezon Zagubionych – wykrakałem.

Kardynalny błąd

Gdy tylko zaszło słońce, z nieba spadł rzęsisty deszcz. Dobrze, że rozstawiliśmy wcześniej namioty. Okazało się jednak, że ten w którym miałem spać z Mary jest dziurawy i nabiera wody. Prawie wszystkie ciuchy już miałem mokre (przeprawa łodzią) więc nie przejąłem się zbytnio, gdy musiałem w trakcie ulewy przemieścić namiot i wstawić go pod nasz szałas.

Impreza powoli dogasała. Zgrzewacz zasnął na stole. Benz bełkotał w kółko, że jestem pizdą, bo nie chcę z nim pić. Przemek szykował się do spania. Paul narzekał, że kończą mu się bletki. Wkrótce wszyscy zniknęliśmy w swoich namiotach. Tylko Benz tak się spił, że zasnął na ziemi.

Z samego rana, o 7:00 zbudzili nas Filipińczycy z łodzi – chcieli wracać. Byliśmy jednak niewyspani, połamani po spaniu na ubitej ziemi i chcieliśmy jeszcze popływać.

Przekonaliśmy ich więc, by opuścić plażę o 14:00.

Już niebawem mieliśmy pożałować bezmyślnej decyzji.

Tajfun ‚Luis’ (‚Kalmaegi’)

Fale były dużo większe i bardziej nieprzewidywalne niż dzień wcześniej. Jedna wciągnęła mnie pod wodę i wykręciła jak szmacianą lalkę. Wyszedłem z tego bez szwanku. Zgrzewacz miał mniej szczęścia – walnęło nim tak, że złamał palec u stopy.

Znów zaczęło padać. Nie był to jednak zwykły deszcz. Czarne chmury kłębiły się na horyzoncie, a ciężkie krople uderzały w skórę z siłą gradu.

– Co to, grad? – krzyknął do mnie Paul, gdy wydostał się spod sporej fali.

– Nie mam pojęcia, ale boli jak cholera – odpowiedziałem, po czym wyplułem gorzką, słoną wodę.

– Pierwszy raz coś takiego widzę!

Przestało mi się to podobać. Wyszedłem z wody i wszedłem między palmy, które coraz bardziej ulegały silnym podmuchom wiatru. Nieopodal mego szałasu spotkałem Filipińczyka, który zaszedł mi drogę. Nie widziałem go wcześniej. Zdziwił mnie niepokój na jego twarzy.

– Nadchodzi Tajfun – powiedział.

Tajfun? Słyszałem, że miał uderzyć, ale daleko od nas. Czy to możliwe, że zmienił kierunek?

Po drodze minąłem jeszcze kilku tubylców. Czy tylko mi się wydaje, czy oni są jacyś zdenerwowani, zaniepokojeni? – Myślałem.

Wszedłem pod szałas, spotkałem tam Abbey.

– Rozmawiałam z kapitanem łodzi, powiedział, że nie wypłyniemy dziś. Fale są zbyt duże i podobno zbliża się tajfun.

– Czyli musimy dziś nocować na wyspie? – spytałem.

– Na to wygląda, nie ma chyba innego wyjścia.

– Ale przecież nie mamy już jedzenia na dziś.

– Dlatego musimy iść tam – Abbey pokazała mi jedną z chat. – To jakiś sklep, powinni coś mieć.

Poszliśmy więc do ‚sklepu’, który w rzeczywistości był skromnym domkiem, w którym mieszkali tubylcy. W tym momencie jakiś mężczyzna przymocował nieprzemakalny materiał do ściany, która wychodziła na morze.

Na półkach biednie – puszki z tuńczykiem, kukurydzą. Chińskie zupki i kawa. Ot, cały asortyment, jeśli nie liczyć alkoholu. Kupiliśmy dużo puszek i zupek, Benz wraz z Eunice powędrowali do drugiego i ostatniego już sklepu, by wyprzedzić innych turystów i zdobyć jak najwięcej pożywienia.

Wróciliśmy pod szałas i zaczęliśmy spożywać śniadanie. Jedząc tuńczyka wypijaliśmy nawet olej, w którym był zanurzony. Przestawialiśmy się powoli na tryb ‚survival’ – wszyscy z nas rozumieli, że liczy się każda kaloria, jaką możemy dostarczyć naszym organizmom.

Zgrzewacz, Przemek, Benz i Mary byli zdenerwowani – mieli nazajutrz pracę i nie mogli powiadomić swoich szefów, że nie pojawią się w biurach – na wyspie nie było zasięgu.

Wiatr przybierał na sile. Filipińczycy podbiegli do naszego szałasu i zamontowali zaimprowizowaną osłonę od wiatru – nieprzemakalny materiał. Widać było, że tubylcy unikają rozmowy z nami. Abbey jednak była wytrwała i zmusiła jednego z nich do udzielenia nam kilku odpowiedzi, które brzmiały jak wyrok.

– Nadchodzi tajfun, woda nie uspokoi się przez tydzień. Jutro z rana przeprawiamy się na drugi koniec wyspy, do miasta.

Informacja była tak absurdalna, że chyba nikt z naszej ekipy nie potraktował tych słów poważnie. Wszyscy mieliśmy nadzieję, że fale się uspokoją. Ludzie są dobrzy w okłamywaniu samych siebie, szczególnie w krytycznych sytuacjach.

Postanowiliśmy więc uwierzyć w kłamstwo i udawać, że wszystko gra.

Ewakuacja

Potężny podmuch wiatru zerwał osłonę szałasu i zrzucił większość rzeczy ze stołu. Deszcz siekał wściekle i przybierał na sile z każdą chwilą. Paul i Benz podbiegli, podnieśli osłonę lecz nie mogli przytwierdzić jej do dachu – zerwało zaczepy. Trzymali je więc podczas gdy reszta stała i się patrzyła.

– Musimy znaleźć schronienie! – podniosłem głos, by przekrzyczeć wiatr.

– Zaraz się uspokoi, poczekajmy jeszcze – poprosiła Eunice.

Najwidoczniej Filipinka wciąż chciała się oszukiwać. Ja w tym momencie wiedziałem już, że trzeba stawić czoła twardym faktom.

– Nic się nie uspokoi, a będzie jeszcze gorzej. Poczekamy kolejne dziesięć minut i już się stąd nie ewakuujemy, masz to jak w banku. Z każdą chwilą wiatr przybiera na sile, żarty się skończyły.

– Słyszałam, że jest tu betonowy dom, który można wynająć – powiedziała Abbey.

– Daleko? – spytałem.

– Nie, możemy iść tam teraz.

Zacząłem zbierać rzeczy. Reszta grupy nie była chętna.

– Na co wy, kurwa, czekacie? Bierzcie rzeczy i spierdalamy stąd. Teraz, nie zaraz.

W końcu się ruszyli. Puściliśmy się biegiem wzdłuż plaży. Z nieba lało jeszcze mocniej, wiatr sprawiał, że ciężko było utrzymać równowagę. Monumentalne fale rozbijały się o linię brzegową. Nie mogłem dostrzec horyzontu, wszystko ginęło w gęstym deszczu.

W momencie, gdy wszyscy dotarliśmy do skromnego, dwupokojowego domu wiatr był już tak silny, że gdybyśmy zostali w szałasie chociaż chwilę dłużej, przeniesienie wszystkich rzeczy byłoby dużo bardziej skomplikowane.

Noc

Nie miałem ani jednej suchej rzeczy. Moje ubrania dzieliły się na:

1. Mokre

2. Bardziej mokre

3. Kurewsko mokre

W betonowym domu czuliśmy się jednak względnie bezpiecznie. Zajęliśmy miejsca i słuchaliśmy, jak wiatr wyje potępieńczo. Jedno z okien wychodziło na wzburzone morze i ciemniejące z każdą chwilą niebo. Zastanawiałem się, czy wiatr jest w stanie wysadzić tę szybę.

Zapowiedziano tajfun pierwszego stopnia. Abbey przeżyła rok temu tajfun stopnia piątego. Zginęło wielu ludzi. Wiatr zerwał dach z domu, w którym się ukryła. Na szczęście nic jej się nie stało – została wpisana na listę ocalonych.

Próbowaliśmy rozmawiać, by się wyluzować. Przychodziło nam to jednak z trudem. W tym momencie nasze rodziny zapewne zaczynały się niepokoić. Ostatnia rzecz, jaką powiedziałem rodzicom na skype, to że jadę na weekend na wyspę i wracam w niedzielę po południu. Z pewnością słyszała w wiadomościach, że przez Filipiny miał przetoczyć się tajfun.

Atmosfera była drętwa. Postanowiliśmy temu zaradzić. Paul zrolował skręta, polaliśmy rum. Benz udał się na heroiczną misję – pobiegł do sklepu kupić świece i przynieść światło. W domu nie dość, że nie było działającej toalety, bieżącej wody, to oczywiście brakowało też prądu. Brak wody dało się przeżyć.

Jeśli ktoś miał ochotę się opłukać wystarczyło, że wyszedł na podwórko.

Dotknąłem swego czoła. Chyba gorączka. Miałem nadzieję, że nie malaria. Przed wylotem się nie zaszczepiłem, nie miałem w planach rozbijania się po tropikalnych wyspach. Nad ranem w namiocie zabiłem jednego komara, byłem cały pokąsany. Jeśli zaraziłbym się w tym momencie malarią miałbym lekko mówiąc przejebane.

Bardzo szybko zrobiło się kompletnie ciemno. Słyszeliśmy tylko potępieńcze odgłosy dochodzące z zewnątrz.

– To jeszcze nie jest tajfun – zakomunikowała Abbey. – To wstęp.

Wewnątrz pokoju drgał niespokojnie płomień świecy, podświetlając dym ze skręta.

Rozpoczęliśmy naszą wieczerzę, zjadając ostatnie pożywienie dostępne na wyspie – garnek ryżu i pięć puszek tuńczyka dzielone na osiem osób.

Kolejny posiłek miałem zjeść dopiero za 21 godzin.

Wziąłem Mary za dłoń, wyszliśmy na dwór i znaleźliśmy się w drugim pokoju. Zaczęliśmy się bzykać. W świetle latarki, w akompaniamencie gniewnych zrywów szalonej wichury.

Nie był to nasz pierwszy seks. Parę dni temu poszliśmy na kawę, a po kawie wylądowaliśmy w apartamencie Zgrzewacza. Akurat był pusty, więc…

Spociłem się tak, że znów byłem cały mokry. Wyszedłem więc na dwór i w sekundę zostałem spryskany lodowatą wodą pod wysokim ciśnieniem. Lepsze niż prysznic.

Wróciliśmy do reszty. Piliśmy sporo, opowiadaliśmy sobie historie. Zabijaliśmy czas, aż zrobiliśmy się senni. Ja, Mary, Zgrzewacz i Abbey poszliśmy spać do drugiego pokoju.

Podczas gdy dziewczyny padły jak zabite, ja nie mogłem zasnąć. Głównie przez komary i wiążące się z tym ryzyko zarażenia się malarią. Wyszedłem na werandę, by spojrzeć w noc.

Oświetlałem latarką uginające się drzewa. Po chwili dołączył do mnie Zgrzewacz, a później Przemek. Razem poszliśmy na plażę – na moment wiatr zelżał. Spojrzeliśmy w ciemno-granatowe morze, w czarne niebo. Posłuchaliśmy, jak zabójcze fale łomoczą o wybrzeże.

Gdy wróciliśmy do pokoju udało mi się szczelnie przykryć, zabezpieczając się przed komarami. Zasnąłem.

Parę godzin później obudziły mnie głosy. Zgrzewacz pokłócił się z Abbey, która zdenerwowana wyszła w noc.

Byliśmy przekonani, że poszła spać do drugiego pokoju. Jaki człowiek o zdrowych zmysłach szedłby gdzieś indziej w trakcie tajfunu?

Thunderstorm Mountain

Zbudziło mnie pukanie do drzwi. Podniosłem się i wyszedłem na zewnątrz.

Już świtało. Wiatr był dużo silniejszy niż w nocy. Przede mną stała Filipińska załoga naszej łajby. Wszyscy z plecakami, gotowi do drogi.

– Za pół godziny robimy wymarsz, pakujcie się. Przed nami 8 godzin wspinania się – zakomunikował mi łamanym angielskim jeden z nich.

W życiu bardzo dużo chodziłem po górach. Nie uważam się za eksperta, do tego mi daleko, ale wiem jedno – zdobywanie jakiejkolwiek góry w taką pogodę nie jest brawurą, tylko samobójstwem. Wiatr, który uderzał w uginające się przede mną palmy na szczycie będzie kilka razy mocniejszy. Cały czas pada deszcz, więc kamienie są śliskie. W dodatku na górę tubylcy mówią ‚Thunderstorm Mountain’ i już nawet ten jeden fakt powinien dać wszystkim do myślenia.

– Oni są chyba pierdolnięci – usłyszałem za sobą Zgrzewacza. Najwidoczniej podzielał moją opinię, prawie zawsze w góry jeździliśmy razem.

Wszedłem do środka.

– Nie wiem jak ty, ja nie chcę być jutro w wiadomościach.

– Masz rację, wspinanie się jest bardzo niebezpieczne, ale stawmy czoła faktom – zacząłem analizować sytuację. – Na wyspie nie ma już jedzenia, a tajfun potrwa tydzień.

– Możesz żyć tylko na wodzie przez kilka dni. A jak raz się poślizgniesz na szczycie góry to cię nie ma – zgasił mnie Zgrzewacz. – Zdobywałem już te góry, parę miesięcy temu. Przy dobrej pogodzie, a i tak była masakra.

– Zauważ jednak, że wszyscy opuszczają wyspę, nawet tubylcy.

– Wiesz co, już jebać ten idiotyczny pomysł ze zdobywaniem góry. Spójrz na mnie. Złamałem pierdolony palec, jak ty sobie wyobrażasz mnie w ośmiogodzinnym marszu w japonkach? Ledwo mogę przejść kilka metrów.

Nagle dołączyła do nas ekipa z pokoju obok. Śmiali się, żartowali sobie.

– Dawajcie, co się ociągacie? – mówił Benz.

– Właśnie, ruszajmy szybciej! – piszczała podekscytowana Eunice. Za nią stał uśmiechnięty Paul.

– Mam do was jedno pytanie – powiedziałem. – Kto z was kiedykolwiek był w górach? I nie mówię o odpoczywaniu w chatce, tylko o wspinaczce.

Cisza.

– Gdy na was patrzę mam wrażenie, że nie jesteście do końca świadomi, na co się piszecie. Ze Zgrzewaczem byliśmy w górach wiele razy. Robienie tego w taką pogodę to bardzo prawdopodobna śmierć. I wcale nie przesadzam. Wspinanie się w dobrych warunkach atmosferycznych bywa niebezpieczne, a my tu mamy pierdolony tajfun.

Cisza.

– Nie mamy jedzenia, pitnej wody. Myśleliście o tym? – dodałem. – Już pieprzyć pożywienie, nasze organizmy mają paliwo po wczorajszej kolacji. Nie wyobrażam sobie jednak wspinania się bez wody. A Zgrzewacz ma złamany palec.

– Czy w górach są niebezpieczne zwierzęta? – spytała Mary.

Spojrzałem w jej oczy.

– Wspinając się na górę nie boisz się zwierząt. Boisz się…

– Góry. – Dokończył za mnie Zgrzewacz i usiadł na łóżku.

Do wymarszu zostało piętnaście minut.

– Gdzie jest Abbey? – spytał nagle Przemek.

– Nie nocowała u was?

– No skąd?

Wymieniliśmy spojrzenia z całą ekipą.

– Pakujcie się. Ja i Przemek biegniemy jej szukać – powiedziałem, po czym rzuciliśmy się wzdłuż plaży, targani podmuchami wiatru, bombardowani przez deszcz.

Po drodze mijaliśmy zmiażdżone przez wiatr chaty, zapadnięte szałasy. Zaglądaliśmy w każde miejsce. Szukaliśmy jej w przywiązanych do palm łodziach, w krzakach, w zabudowaniach. Nic.

Gdzie ona do cholery poszła? Skup się. Jesteś zdenerwowany, wychodzisz podczas tajfunu w noc. Gdzie idziesz? Gdzieś blisko. Natomiast Przemek był już na drugim końcu plaży, widziałem jego sylwetkę. Nie wiedziałem, co możemy jeszcze zrobić. Rzuciliśmy się więc biegiem z powrotem. Gdy tylko wbiegliśmy w podwórko zobaczyliśmy…

CIĄG DALSZY NASTĄPI

comments powered by Disqus

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.