Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
#Dziennik

Jak odczepiony wagon

Cień ochoczo zlizuje światło z sufitu, powieki kleją się do siebie jak wargi upaćkane błyszczykiem.

Znów nie mogę spać, mimo 5 gram melatoniny. Serce jest spokojne, ale czuję, że zaraz wpadnie w galop. Podnoszę się z rozgrzanego łóżka i otwieram okno. W twarz uderza mnie podmuch letniego, ciepłego i wilgotnego wiatru. Czuję deszcz, a w zasadzie zapach bakterii, które wystrzeliwują w górę przy uderzeniu kropli o ziemię.

(Dzięki nauce nawet zapach deszczu nie jest już romantyczny.)

Lwów, Brno, Praga, Zakopane, Trójmiasto, Katowice, wszystko praktycznie w jeden miesiąc. Tęsknię za stabilizacją i czasem tylko dla siebie w jakimś mieście. Podążanie za wypracowaną rutyną, trochę spokoju. Wracam z koncertu Mansona i zaszywam się w Białymstoku, dość już jazdy na przeciętych hamulcach. Dzięki temu będę miał więcej czasu na pisanie bloga i zebranie myśli. Kiedyś uważałem, że częste podróżowanie jest inspirujące – dziś wiem, że potrafi także zmęczyć.

Jestem człowiekiem, który musi ładować akumulatory. Po fazie podróżowania, prowadzenia szkoleń, poznawania ludzi, przekraczania strefy komfortu zawsze musi nastąpić u mnie moment, kiedy jedyne, czego pragnę, to pobyć trochę samemu i zapuścić korzenie w jedno, spokojne miejsce. Medytować, iść na siłownię, pojeździć na rowerze, doczytać kilka zaczętych książek. Zwolnić i skupić się na tym, co w środku. Formułować nowe wnioski i wpleść je w pracę nad nowymi wpisami, vlogami czy produktami.

Potrafię w stu procentach dzielić się z innymi tylko wtedy, kiedy sam na moment przestaję zbierać.

*

Długie nitki kropel przecinają szybę, gdy piję zimną wodę w warsie, a krajobraz za oknem rozciąga się w zielone, pastelowe pasy.

I chyba wiem już, o co chodzi.

Chodzi o to, że nie czuję się dłużej związany z żadnym konkretnym miejscem. Jakbym odczepił jakiś wagon.

*

Wracam z Patokatowic. Polecam doświadczenie, jeśli narzekasz na brak adrenaliny albo znudziły Ci się wizyty w zoo. Powinni wypuścić jakiś ilustrowany bumelancki przewodnik po centrum. Trochę w życiu widziałem, ale jeszcze nigdy straganu z zabawkami dla dzieci na głównym deptaku, który obsługiwałby spuchnięty menel, walący wódę z gwinta.

Nikt. Nigdy. Więcej. Mnie. Tam. Nie. Zaciągnie. Nie ma takiej siły. Nie przekona mnie ani darmowy bilet na Mansona, ani nawet możliwość wciągania z nim koksu na backstage’u.

A może po prostu żyję w bezpiecznej bańce i nie wiem, jak wygląda rzeczywistość? Białystok – spokojny, bo miasto policyjne. Śródmieście Warszawy też wypudrowane (może poza parkiem pod Pałacem Kultury). Centrum Lwowa regularnie czyszczone z żulerni.

 

Żeby nie było, że całe Katowice są do dupy – super bawiłem się na Porcelanowej. Świetny klimat, dobre jedzenie i muzyka.

 

Koncert Mansona niestety beznadziejnie nagłośniony (albo wina akustyki Spodka) i musiałem domyślać się, co śpiewa. Natomiast zajebiście spędziłem te 1,5 godziny szalejąc pod sceną – gość wie, jak zrobić show. Kilka razy miałem ciary. Long Hard Road Out Of Hell czytałem dwukrotnie i obiecałem sobie, że przynajmniej raz zobaczę Mansona na żywo, zanim się zaćpa. Odfajkowane.

 

Dojeżdżam do stacji.

 

Do przeczytania. Widzimy się, jak tylko zapuszczę korzenie i odeśpię ostatnie dwa tygodnie.

 

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.