Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
#Dziennik

Jeśli tęsknisz do starych, dobrych czasów

Kto twierdzi, że nie łapie się czasem na tym, że tęskni do „starych, dobrych czasów”, ten kłamca. 

Ławeczka i rowery

Był czas, jeszcze zanim przeprowadziłem się do Warszawy, że przyjeżdżałem tu co dwa tygodnie na studia. Pomieszkiwałem wtedy u brata, zanim wyleciał na stałe na Filipiny. Czasem wpadałem do niego wcześniej, przed weekendem i zostawałem dłużej. Każdego roboczego dnia z rana siłą ściągał mnie z łóżka, mimo że nie musiałem nigdzie wstawać. Trochę się dąsałem, trochę byłem zły. W domu już przyjemnie pachniało kawą. Nie znałem się wtedy kompletnie, a definicją „dobrej kawy” była byle jaka, często zwietrzała mieszanka zalana wrzątkiem, której smak oceniało się po tym, jak mocno wykręcała poranną, zaspaną gębę. Moc z kolei – po tym, jak szybko goniła do kibla. Zalepiony snem wkładałem krótkie spodenki i przypadkową koszulkę. Łapałem w dłoń gorący kubek, jednak gdy chciałem pociągnąć z niego parujący łyk, dostawałem po łapach.

– Na ławeczce – strofował mnie brat.

– Przecież chcę tylko nadpić, by po drodze się nie rozlało, spokojnie.

Z kubkami schodziliśmy po schodach i wynurzaliśmy się z bloku na zalane słońcem osiedle. Witała nas mieszanka lekko szczypiącego, porannego zimna i palącego, padającego pod ostrym kątem słońca. Zmierzaliśmy w stronę Ławeczki. Ludzie mijający nas po drodze nigdy nie ukrywali zdziwienia, widząc dwóch zaspanych gości człapiących po podwórku z kubkami w dłoni. Ławeczek było kilka, ale nasza była jedyna, nazywała się „34”. Obok rosło wysokie drzewo, na które ktoś przybił metalowy numer. Z oddali widzieliśmy, że Michał już jest – w dłoni oczywiście termos i parująca kawa. Zbijaliśmy piątkę, siadaliśmy. Po chwili z oddali wyłaniał się Donek z kubkiem. Czasem dołączał Mpi, rzadziej Bercik. Wszyscy spotykaliśmy się regularnie pod „34”, by wspólnie wypić kawę przed pracą. To był rytuał. Nie jestem pewien, kto go zapoczątkował, ale wydaje mi się, że był to mój brat. Czasem oczywiście kogoś nie było, czasem ktoś zaspał. Zawsze jednak jedna lub dwie osoby z ekipy odbębniały Ławeczkę w okolicach 7:30-8:00. Magiczne 20 minut, zanim każdy wypije swoją kawę służyło do porannych żartów, rozmów o życiu i wypalaniu fajek. Gdy kubki robiły się puste, zbijaliśmy piątkę i każdy rozchodził się do swojej pracy. Ja wracałem na mieszkanie, odpalałem laptop i ożywiony kofeiną zaczynałem produkować dla Was wpis.

Wieczorami z kolei był czas na rowery. Ponieważ w Warszawie nie miałem swojego, korzystałem z miejskich. Wsiadaliśmy całą paczką i rozpoczynaliśmy wieczorny lub nocny objazd po Mokotowie i Ursynowie. Pruliśmy przez zalane pomarańczem latarni, puste ulice. Przecinaliśmy ciche, zielone osiedla oprószone żywopłotami, zielonymi placami zabaw, poprzetykane kwitnącymi drzewami. Mijaliśmy grupki młodych osób, spijających dyskretnie piwo na osiedlowych ławeczkach. Raz pojechaliśmy na zamkniętą jeszcze autostradę przy Okęciu, położyliśmy się na asfalcie i podziwialiśmy napuchnięte brzuchy lądujących i startujących nad nami samolotów.

Minęło kilka lat i zarówno Ławeczkę 34, jak i nocne rowery wspominałem z lekką nostalgią, jako „stare, dobre czasy”. Coś, czego już nie ma i do czego nie da się wrócić. Ławeczka rzeczywiście, nie ma szans na powtórkę – brat na Filipinach to raz, pourywane kontakty dwa, każdy mieszka teraz w innej części Warszawy, to trzy.

Nowe, dobre czasy

Ostatnio wieczory zrobiły się ciepłe, wzięło mnie na wspomnienia i odezwałem się do Mpiego. Tak po prostu, jak gdyby wcale nie minęło kilka długich lat, stawiliśmy się na nocne zwiedzanie Warszawy. W momencie, kiedy rozpoczęliśmy jazdę, poczułem ciepły wiatr na twarzy i ciężkie do zdefiniowania uczucie wolności. Jednocześnie, ogarnęło mnie wrażenie, że nic tak naprawdę się nie zmieniło.

Jest wiosenno-letnia noc, ciśniemy z Mpim na rowerach przez puste, klimatyczne uliczki. Zupełnie tak, jakbyśmy wtedy wcisnęli Pauzę, a teraz nagle wdusili Play. Prujemy przez pagórki napuszone soczyście zieloną trawą, z której w górę strzelają złote mlecze. Jeździmy w kółko po boiskach, a następnie wyskakujemy na pustą ulicę. Mijamy wielkie, powciskane w parki pomniki. Zjeżdżamy na wariata stromą drogą, za jedyne oświetlenie mając tylko lampy rowerów i srebrny blask Księżyca.

Przypomniałem sobie główną zaletę tego, że na podwórku jest ciepło – mikroprzygody. Nie potrzebujesz orgii na Filipinach, ani wypadów do innych miast na imprezę, by zajebiście spędzić czas. Wystarczą koc i łąka, rower i noc, przyjaciel i spacer.

Iluzja

Tak sobie myślę, że stare, dobre czasy to w większości przypadków bzdura. Fajne wspomnienia warto sobie przewijać, ale zamiast rozczulać się nad tym, że już ich nie ma, lepiej zabrać się do produkcji nowych. Starzejesz się nie wtedy, gdy w lustrze znienacka napadają Cię zmarszczki albo nagle budzisz się cały w sztruksie, ale kiedy w kółko wspominasz sytuacje z przeszłości. Żeby była jasność, powspominać jest fajnie – ale kiedy robisz to non stop, plus łapiesz się na mieleniu po raz nty tej samej historii, jest to jasny sygnał mówiący, że nowy odcinek Barw Szczęścia jest bardziej emocjonujący, niż Twoje życie w tej chwili.

Jest wiosna. Wyjdź z domu i zrób coś fajnego. Nawet głupie rowery ze znajomymi, niepozorne spotkania z czasem nabierają wartości, by ostatecznie po latach zająć szczególne miejsce w albumie wspomnień.

Nie przestawaj ich tworzyć.

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.