Nostalgia uwięziona w bursztynie - VINCENT: DOŚWIADCZANIE ŻYCIA I TWORZENIE WSPOMNIEŃ
29 maja
 KOMENTARZY 4
, , , , , , ,
#Dziennik

Nostalgia uwięziona w bursztynie

W chwilach takich jak ta, gdy siedzę z laptopem okryty cieniem altanki otoczonej krzewami, drzewami i kwiatami pluskającymi się w słońcu, myślę sobie: to przywilej, że mogę tak pracować.

 

Że mam możliwość wyrwać się z miasta, gdzie ludzie zalani są nie słońcem, a betonem. Tam też można odnaleźć spokój i naturę, wymaga to jednak wysiłku. W dodatku ciągle masz świadomość, że znajdujesz się w środku wielkiego, bezdusznego silnika, który nieustannie pompuje w ciasne arterie nieprzerwaną powódź samochodów, ubijając tłokami na gęstą pianę ludzkie problemy, stres, zabieganie – zupełnie tak, jak ubija się białka z jaj na ciasto. Z rury wydechowej buchają przemęczenie, szlugi spalane pod białą koszulą i przewieszką z nazwiskiem oraz rozpećkane na ścianie „jebać policję”.

 

Ktoś mówi do Ciebie per „szefie”, ktoś inny się spieszy, a zawołany biegacz wentyluje płuca lepkim smogiem. Po biegu wleje w siebie zielone smoothie za 18 złotych, tak dla zdrowia. Nie jestem pewien, co przepisują pulmunolodzy, ale z całą pewością nie jest to pietruszka.

 

Nic nie jest czarno-białe i lubię do miasta wracać, pod warunkiem że robię sobie od niego przerwy. Gdy mam ten balans nie przeszkadza mi nawet, że pod Pałacem Kultury, w samym centrum miasta mamy Park Meneli. Zamiast się dziwić, że ludzie do tych lepszych klubów chodzą bardziej się pokazać, a nie bawić, łapię do tego dystans i skupiam się na sobie.

 

Jeśli chodzi o gorsze kluby, na pierwszym planie mamy Teatro Pierdziano. Nie wiem jak to się dzieje, ale za każdym razem gdy tam jestem ludzie opróżniają kiszki z gazu bojowego. Cubano musi bardzo się starać, żeby mnie zaskoczyć – ostatnio widziałem jakiegoś erasmusa, który po oddaniu moczu do pisuaru umył w nim ręce, a następnie penisa. Oszczędność czasu, przyznam. Powinni w pisuarach jeszcze montować podajnik z mydłem, wtedy już niczego by nie brakowało.

 

W mieście, w okresie słonecznym mamy rolki i długie nogi. Psy ganiające się po parkach, miejsca z fenomenalnym jedzeniem i Wisłę, gdzie możesz wypić piwo i zaktualiować przegląd społeczny. Jeden spacer wzdłuż rzeki i do poke-balla złapiesz dziwne gimnazjalistki z modnymi e-fajkami, korpomenów przyssanych do butelki, dresiarza z wydziaraną twarzą Jana Pateła II na łydce i ludzi w każdym możliwym stanie świadomości.

 

Lubię Żoliborz, bo jest zielony, cichy i w centrum, mimo że na spacerze (np. po Sadach Żoliborskich) w ogóle tego nie czuć. Mam sentyment do Mokotowa, ale ostatni powrót na stare śmieci uzmysłowił mi że wspomnień lepiej nie konfrontować ze stanem faktycznym, bo często kończą na deskach jeszcze przed końcem pierwszej rundy.

 

Swoją drogą, może ktoś powsadzać w kaftany tych oszołomów spod Pałacu Kultury, którzy drą ryja przez megafon o tym, że Szatan to frajer? Będę wdzięczny. Gdy ostatni raz sprawdzałem, Diabeł grał w piekle rock’n’roll i polewał cycki diablic whisky, podczas gdy aniołki w przyciasnych albach kręciły się wokół starego zgreda na fotelu. I kto tu jest frajerem? Szczerze, goście wiszą mi siano za laryngologa, bo za każdym razem gdy mijam ten stragan muszę odpalić w słuchawkach muzę na maksa, żeby nie słyszeć ich obłąkanego pierdolenia. Mam uczulenie na debili, a najbardziej niepokojące jest, że im starszy jestem tym bardziej się ono nasila i tym mniejszy mam limit cierpliwości dla tak bezczelnej demonstracji głupoty.

 

A za miastem

 

Lubię szum drzew, śpiew ptaków i słońce, które zalewa wszystko dookoła nostalgią. Pola, łąki jakby uwięzione w bursztynie, ale nie do końca przecież – zielone trawy bujają się lekko, niebo jest błękitne. To wszystko przypomina mi sytuacje, ludzi, zostawiając nieznośny posmak emocji w ustach. Oszałamiający zapach kwiatów uderza w mózg odświeżając najdrobniejsze detale przeszłych zdarzeń, widmo konkretnych myśli. Pamiętam kim byłem, jakiej słuchałem muzyki jadąc rowerem za Białystok. Nie wiedząc jeszcze kim jestem, po co i dla kogo. Głowa ściśnięta wątpliwościami, serce otwarte na oścież za sprawą naiwnych ideałów i niekończące się taplanie we własnych myślach. Szkice opowiadań, dwóch ledwo zaczętych powieści. Pobazgrane zeszyty z nieudanymi wierszami i łeb buchający kolejnymi pomysłami – których było zbyt wiele, by choć jednen z nich doprowadzić do końca.

 

Z tym kojarzy mi się lato za miastem. Nielegalne piwo za łące, jeszcze mniej legalne skręty, wpatrywanie się w smoliście czarne niebo obsypane gwiazdami i zabijanie natrętnych komarów. Rechot żab nad stawem, dyskusje do rana. Kwestionowanie reguł, religii, wpajanych zasad. Była potrzeba odcięcia się od tego, co z góry narzucone, stworzenia jakiegokolwiek, choćby chwiejnego, szkieletu własnych zasad i wartości. Tylko po to, by w kolejnych latach przejechać po nim buldożerem, polać benzyną, podpalić i zdeptać. Stworzyć kolejny, rozpieprzyć go młotkiem. Zabrać się za nowy – i tak w kółko.

 

Teraz znów jest lato. Jest miasto i jest ucieczka od miasta. Jedno i drugie lubię, doceniam równowagę i biorę to, co najlepsze.

 

A teraz zamykam laptop i idę zjeść truskawki, prosto z krzaka. Ślina napływa mi do buzi na samą myśl o chrzęszczącym w zębach piasku.

 

Do następnego.

4
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
Dominikav1ncentfliux Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
fliux
Gość
fliux

Wow, super wpis;)

Dominika
Gość
Dominika

Przyjemnie się czytało ten post 🙂 Przypomniało mi się moje lato gdy jeszcze mieszkałam poza Warszawą..

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.