Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
#Dziennik

Spinamy pośladki

Na blogu przez ostatni czas panowała posucha. Wiązało się to z moim tripem w góry, gdzie zresetowałem system i odpocząłem psychicznie od projektów, które aktualnie ciągnę. 

 

Uważam, że bardzo ważne jest utrzymywanie zdrowego balansu między pracą, a odpoczynkiem. A jeśli ta równowaga jest zachwiana i czujemy się przeciążeni, trzeba po prostu uciec. Odciąć się i wyluzować. Zawsze po takich przerwach wracam ze świeżym umysłem i motywacją. Jeśli jest jedna rzecz związana z pisaniem bloga, której nienawidzę, to zmuszanie się do produkowania wpisów. Chcę pisać wtedy, kiedy mam coś do powiedzenia, a palce same rwą się do klawiatury. To właśnie wtedy moje teksty gwałcą Wasze tablice na facebooku, a ja sam z zaskoczeniem stwierdzam, że chyba potrafię pisać.

Tak, wykradłem się rano z łóżka, gdy jeszcze słodko spaliście i uciekłem od Was. Bez wspólnej kawy, jajecznicy na masełku i czułego miziania. Skurwiała zagrywka, której nigdy nie odważyłem się zrobić żadnej kobiecie. Ale już jestem – i nigdzie się bez Was nie wybieram.

ZMIANY?

Kiedy blog zaczął się rozrastać, stopniowo odcinałem go od mojego życia prywatnego. Przestałem opisywać sercowe perypetie i sam sobie założyłem ostrą cenzurę. Dzisiejszy wpis jednak jest zapowiedzią skracania dystansu między mną, a Wami. Będzie więcej osobistych historii, przemyśleń ściśle powiązanych z tym, co aktualnie robię. Bez Was byłbym przecież jak aktor występujący przed pustą widownią. Kiedyś próbowałem sobie i Wam wmówić, że prowadzę bloga tylko dla siebie. Głupi byłem jak but (średnio co rok stwierdzam, że rok wcześniej byłem kompletnym kretynem – też tak macie?).

Chcę, żebyście wiedzieli, że jesteście dla mnie ważni. Skoro już zrobiło się tak ckliwie, to nie zaszkodzi dorzucić: dzięki, że jesteście.

Nawet nie wiecie, jak wiele to dla mnie znaczy.

GAZ DO DECHY

Nigdy nie rozumiałem postanowień noworocznych. Kiedyś nawet, w przypływie frustracji wydaliłem o tym cały tekst, w którym pisałem:

Jeszcze ani razu w życiu, niczego sobie wraz z nowym rokiem nie postanowiłem. Dumny jestem z tego, że cele wyznaczam zawsze na bieżąco i po prostu je odhaczam. Nie potrzebuję do tego żadnej okazji. Trzeba być skończonym idiotą albo nie mieć do siebie za grosz szacunku, by przypominać sobie o realizacji własnych MARZEŃ (!) raz do roku. No kurwa, niech ktoś mi powie, co może mieć w życiu wyższy priorytet od sprintu za ważnymi dla nas rzeczami? Mowa o tych, które często prześladują nas od dzieciństwa, o których marzymy przed snem, do których tęsknie wzdychamy, gdy nikt nie patrzy.

Osobiście w tym momencie skupiam się na egzekucji kilku głównych celów. Każdy z nich ma przybliżony termin realizacji. Dziś uchylam rąbka tajemnicy i daję Wam możliwość rozliczenia mnie z dwóch z nich, na wypadek, gdybym dał dupy. Przyda mi się taki monitoring.

<naiwność>Może przy okazji będę miał na swoim grzesznym sumieniu jakiś dobry uczynek i któreś z Was przestanie się dzięki temu wpisowi opierdalać i odkładać życie na później?</naiwność>

CEL NR 1: PREMIERA KSIĄŻKI