Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
#Dziennik

W dupie mam snapchata

Okej, moja przygoda ze Snapchatem dobiegła końca. Po kilku miesiącach używania doszedłem do ostatecznego wniosku, że nie chcę korzystać z podobnej aplikacji.

Moje doświadczenie ze snapem podzieliłbym na 3 etapy:

Jestem na to za stary

Był to pierwszy etap, w którym absolutnie nie rozumiałem, dlaczego jakakolwiek osoba chciałaby nagrywać snapy. Kojarzyło mi się to z niesmacznym, forsowanym ekshibicjonizmem mającym na celu dowartościowanie się. Brzydziła mnie myśl o produkowaniu snapów. Uśmiech politowania budził widok tych wszystkich lasek w klubach, które zamiast rzeczywiście się bawić, zajęte były rejestrowaniem wymuszonych, pseudoradosnych podrygów i dzióbków. Rozkładałem wtedy ręce, rozglądając się po tłumie, pytając miną: „też to widzicie? Przecież to jest żałosne i popierdolone”. Nikt jednak nie zwracał na zjawisko uwagi, byłem więc sam.

Snapa jednak da się lubić

Przełom nastąpił w momencie, kiedy wylatywałem na Filipiny. Wiedziałem, że w trakcie miesięcznego wyjazdu nie znajdę wystarczająco dużo czasu, by regularnie pisać. Mimo wszystko chciałem znaleźć sposób na prowadzenie dynamicznej relacji, żebyście wiedzieli, co się ze mną dzieje. Instagram odpadał, brakowało mu elastyczności i „dynamizmu” właśnie. Padło na snapa, który w tej roli sprawdził się świetnie. Mogliście razem ze mną imprezować, spacerować po Manili, opalać się na gorącym piasku Boracay, czy podskakiwać na koncercie Van Buuren’a. Wciągnąłem się.

Oddaj mi moje życie, szmato

Trzeci etap drastycznie zakończył moją przygodę z aplikacją. Z biegiem czasu Snapchat zaczął mnie męczyć i przytłaczać. Rozdzierał mnie zawsze ten sam dylemat: przeżywać chwilę, czy nagrać snapa? Jedno wykluczało drugie. Ciężko jest chłonąć fajny moment, jednocześnie skupiając się na tym, by poprawnie go zarejestrować i opisać. Może bym się z tym jednak pogodził, gdyby nie to, że apka zaczęła się wieszać. Doszło do sytuacji, w której rejestrowałem snapa tylko po to, by dowiedzieć się, że się nie nagrał – bo aplikacja wysypała się do pulpitu lub zamiast video zarejestrowała mi zdjęcie. Wtedy nie miałem ani snapa, ani chwili, która przepadła. Poczucie straty i złe emocje są mi w życiu zbędne, więc przestałem z aplikacji korzystać. I wiecie co? Czuję się teraz dużo lepiej.

Wierzę, że ludziom aplikacja może się podobać. Mnie osobiście męczyła. Może być tak, że rzeczywiście jestem na to po prostu zbyt zramolały i z przesadnym patosem podchodzę do bycia tu i teraz, kiedy dzieją się ważne dla mnie rzeczy. Z tym, że każdy samodzielnie wartościuje wszystkie składowe codzienności. Mój czas, moje wspomnienia i przeżycia przedkładam nad walidację, liczbę wyświetleń, serduszka i lajki.

Tym bardziej doceniłem Instagram – który pozwala mi wrzucać content wtedy, kiedy mam na to czas i ochotę. Jeśli jeszcze mnie nie śledzicie, to wpadajcie: v1ncent.pl. Ostatnio kupiłem aparat i uczę się produkować wysokiej jakości fotorelacje – już czuję, że znalazłem nową pasję:

Lwowski foodporn-cheat-week <3 #lviv #pornfood #travel

Post udostępniony przez @v1ncent.pl

#lwow #lviv #trip #city #oldtown #beautiful

Post udostępniony przez @v1ncent.pl


Nie wykluczam, że od czasu do czasu coś na snapie się pojawi – informacja o nowym wpisie, vlogu, czy produkcie. Z całą pewnością jednak nie będzie to stała narracja. To ciekawe, bo z marketingowego punktu widzenia powinienem z apki w dalszym ciągu korzystać. >>Powinienem<<. Tym bardziej zastanawiają mnie wszyscy ludzie, którzy używają jej dobrowolnie.

 

Może rzeczywiście zbyt zdziadziały jestem, by to zrozumieć.

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.