Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
01 Lut
 KOMENTARZY
,
#Dziennik

Zaczynasz chcieć dopiero wtedy, gdy przestajesz musieć

Ostatnio miałem rekordową przerwę w pisaniu na blog. W całej historii v1ncent.pl nie było tak wielkiej dziury. Czekałem, aż zatęsknię za klawiaturą. Czekałem tydzień, drugi. Minęły trzy tygodnie, w końcu miesiąc. Nie czułem tęsknoty. Czułem ulgę, której wstydziłem się przed samym sobą.

 

‚Nie muszę już pisać’, obijało się po moich myślach i budziło wiele dziwnych odczuć.

 

Po pierwsze smutek, że coś, co kochałem zamieniło się w obowiązek. ‚Muszę’, serio? Ja o pisaniu? Po drugie, im dłużej nie pisałem, tym łatwiej było mi tego nie robić.

 

Ostatnio na szkoleniu powiedziałem jednemu kursantowi: zaczynasz chcieć dopiero wtedy, gdy przestajesz musieć. Uderzyło go.

Mnie też.

 

Zacząłem zastanawiać się, co mogę zrobić, by przestać musieć i zrobić miejsce na „chcę”. W historii prowadzenia bloga miałem wiele etapów.

 

Etap szokowania, gdzie byłem skrajnie kontrowersyjny, gdzie cieszyło mnie oburzenie ludzi i wojny w komentarzach.

 

Etap popularności, gdzie bardziej niż o przyjemność z pisania dbałem o statystyki, liczbę komentarzy i lajków na fejsie. Gdzie do tworzenia napędzało mnie klepanie po plecach, wyprzedzanie konkurencji i wiadomości matrymonialne od fanek z załączonymi zdjęciami.

 

Etap krzyczenia przez megafon, gdzie uważałem, że pozjadałem wszystkie rozumy, mam monopol na prawdę i nie wahałem się wpychać jej ludziom do gardeł. Czułem nieopanowaną żądzę zaznaczania mego zdania na każdy temat.

 

Z tymi wszystkimi obsesyjnymi etapami przeplatało się coś jeszcze. Wolność. Wolność wyrażania myśli, emocji. Zrzucania ciężaru z barków, układania myśli, pisania dokładnie tego, co chcę, jak czuję. I to było moje złoto, coś za co pokochałem pisanie. To była jedyna stała w całym chaosie. Reszta to biały szum, zakłócenia na łączach. Zakłócenia, w których się zagubiłem, które mnie psychicznie wykończyły.

 

Tak bardzo oddałem się szokowaniu, maksowaniu statystyk i darciu przez megafon, że straciłem w tym wszystkim przyjemność, a blogowanie zacząłem widzieć jako przykry obowiązek. Nic dziwnego, że nabrałem do tego odrazy.

 

Myślałem długo i doszedłem do wniosku, że ja nie chcę lajków, nowych czytelników, bycia na topie. Chcę pisać szczerze od siebie, dla siebie i garstki stałych czytelników. Nie chcę zastanawiać się, który tytuł będzie bardziej krzykliwy, jaki obrazek zaliczy więcej kliknięć. Na samym początku mój blog miał być miejscem osobistej terapii, gdzie mogę ułożyć myśli, wyrazić siebie. Dalej tego potrzebuję, to się nie zmieniło. Jedyna rzecz, która weszła mi w drogę to wzięcie udziału w pieprzonym, blogowym wyścigu szczurów.

 

Podjąłem decyzję, że blog przejdzie modernizację. Odcięty zostanie całkowicie od mojej działalności szkoleniowej. Proces ten zapoczątkowałem już dawno temu, nadszedł czas na wdrożenie ostatniego etapu. To miejsce będzie służyć tylko pisaniu. Podobno czytanie umiera, mnie to nie martwi, bo to naturalna kolej rzeczy. Most się zawalił, pociąg którym jadę najprawdopodobniej runie w przepaść – ale ja nie wysiadam. Pełną listę blogowych zmian ogłoszę już wkrótce.

 

V1ncent.pl przestanie też być tanią sensacją. Będę pisał tylko o tym, co czuję, co chcę napisać. Jeśli nie będę chciał, to wpis pojawi się raz w miesiącu. Innym razem chętnie naklepię 8 artykułów, ale podyktowane będzie to tylko natchnieniem. Nie statystykami, ani tym, że wszedłem na falę i coś co napisałem idzie viralem. Jeśli będę chciał napisać dwa akapity, to opublikuję dwa akapity, nie martwiąc się, że „za krótkie”.

 

Jeśli dobrze bawiliście się przy takich tekstach, jak:

 

To będziecie z równie wielką przyjemnością śledzić moje nowe wpisy. Jeśli nie, to cóż… może czas przestać tu zaglądać?

 


Statystyki to w ogóle ciekawa sprawa, bo szczerze mówiąc, po takiej przerwie aż bałem się do nich zaglądać. Zaskoczyliście mnie, bo pomimo moich usilnych prób, nie udało mi się Was pozbyć. To dobrze, zostańcie ze mną. Dalej popłyniemy razem. Wiadomo, część osób odpadła, ale to nic. Od zawsze cieszyły mnie dla przykładu unlike przy moich tekstach. Zwiędłe liście muszą odpaść, by zrobić miejsce nowym.

Jechałem pijany rowerem i wjebałem się w krzaki. Przepraszam za turbulencje, już się otrzepałem. Jedziemy dalej.

Wiosny za oknem jeszcze nie ma, ale już goszczę ją na blogu.

 

Właśnie mam publikować ten wpis i wiecie co? Wtyczka SEO krzyczy do mnie, że w tekście brakuje nagłówków, kilku słów kluczowych i tytuł jest za długi. W odpowiedzi wyciągam mój środkowy palec.

 

Przestałem cokolwiek musieć.

Zacząłem chcieć.

Brakowało mi tego uczucia.

Was też mi brakowało:)

 

Tagi:,

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

#Dziennik

Co mnie to obchodzi?

0

Rozmowy wypatroszone online

0

Uczucia bez nazwy

0

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.