Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
#Życie

Krótka bajka o tym, dlaczego nic się w naszym życiu nie zmienia

Mam problem, ale może sam się rozwiąże. Jestem nieszczęśliwy, ale może jutro coś się zmieni. To nic, że od paru lat czekam na podobny cud, ale lepsze życie nadzieją, choćby naiwną, od pogodzenia się ze smutnym losem. Bo trzeciej opcji oczywiście nie widzę.

Ciarki wspinają mi się na plecy, gdy pomyślę o tym, w jaki sposób funkcjonuje większość ludzi. Mógłbym napisać „weź się, kurwa, obudź” i rzeczywiście na blogu powstał już taki tekst. Tylko, że podobny przekaz do nikogo nie trafia, bo wbrew pozorom jest zbyt miałki i niekonkretny. Chwilowy dopał, lajk wduszony podekscytowanym palcem, który po paru dniach ponownie wyląduje w dupie. Ludzie potrzebują strategii. Ludzie są nieświadomi tego, że istnieje jakakolwiek strategia – zarządzania sobą, własnymi emocjami i myślami. Dlatego mogą bez końca dryfować w Kiedyślandii i usychać z pragnienia mimo faktu, że woda wcale nie jest słona.

Wielcy kołczowie od napierdalania się po ryjach i odblokowywania ukrytego potencjału do zaciągania kredytów podtarli się rozwojem osobistym, robiąc całej branży PR godny klauna w cyrku. Dlatego dziś jakakolwiek praca nad sobą kojarzy się raczej z kaftanem bezpieczeństwa i odblokowywaniem czakr niż z realnymi, praktycznymi strategiami.

Czakra wiary w siebie. Czakra sukcesu. Czarka ciężkiego, umysłowego upośledzenia.

Realna, praktyczna zmiana istnieje. Prawdziwe narzędzia też.

Mam 28 lat, od 21 roku życia pracuję nad sobą i staram się żyć bardziej świadomie. 7 lat, a ja czuję, że dopiero zaczynam rozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. To pierwszy rok, gdzie czuję się w pełni ugruntowany w moich przekonaniach, bezgranicznie sobie ufam i doskonale radzę sobie z własną głową. Tymczasem codziennie spotykam ludzi, którzy nigdy nie spróbowali w żaden sposób kontrolować tego, co dzieje się w środku. Ludzie nie wiedzą, jak żyć (nie tyczy się hip hopowców, oni zawsze wiedzą), w jaki sposób radzić sobie z problemami i jak efektywnie osiągać cele.

Świadomość vs  świadomość

 

Czytałem kiedyś, gdzieś na jakimś blogu o jednej teorii. Niestety nie pamiętam już, czego dotyczyła, w pamięć jednak wryła mi się ciekawa obserwacja. Świadomość niższego rzędu nie widzi, nie jest w stanie rozpoznać świadomości wyższego rzędu, bo nie posiada żadnych punktów odniesienia.

Przykład: kwiatek na polu nie jest w stanie rozpoznać działalności człowieka, ani zwierząt. Wszystko, co odbiera kwiatek to światło, nawodnienie gleby, obecność innych kwiatów wokół. Gdy taki kwiatek zdepczesz, on nie będzie wiedział, że to ciężki but wgniótł go w błoto. Po prostu „coś się stało”, coś nierozpoznawalnego, część natury.

Teraz zwierzę, dla przykładu pies jest w stanie rozpoznać inne zwierzęta. Wie, że kot to coś jak pies, tylko szybsze i bardziej wredne, rozumie też, że kot i kwiatek to dwie osobne rzeczy. Pierwsze trzeba pogonić, a na drugie warto nasikać. Świadomość jest w stanie rozpoznać świadomość niższego rzędu.

Co się jednak dzieje, gdy pies widzi człowieka? Rozumie, że to człowiek. Żywa istota, jak kot czy wiewiórka. Pies nie widzi jednak, że człowiek posiada wyższą świadomość, zdolność do abstrakcyjnego myślenia, tworzenia wniosków i złożonych ciągów przyczynowo-skutkowych. Wytłumacz psu, dlaczego ludzie i zwierzęta się od siebie różnią. Wyjaśnij mu, że w Twoim mózgu przebiegają skomplikowane procesy. Nie będziesz w stanie tego zrobić, pies nie jest w stanie dostrzec tych rzeczy nawet wtedy, gdy na nie patrzy. Dla niego jesteś po prostu zwierzęciem. Nie jesteś kwiatkiem, to oczywiste, ale jesteś jak kot lub wiewiórka. Poruszasz się, jesz, wydajesz dźwięki. Tyle.

Powyższy koncept bardzo łatwo przenieść na ludzi i ich poziomy świadomości.

Najczęściej spotykam się ze zjawiskiem przy okazji relacji damsko-męskich. Spytaj przypadkową dziewczynę, co myśli o uczeniu się relacji, o szkoleniach w tym zakresie. Powie Ci, że to gotowe teksty na podryw i tania manipulacja, dlatego że sama nie jest świadoma tego, co na nią działa. Nie ma pojęcia, że są to rzeczy, których mężczyzna może się nauczyć i że ma to niewiele wspólnego z jakimiś tekstami na podryw. Zmierzy zjawisko własnymi doświadczeniami, czyli facetami, którzy próbowali podrywać ją w nieudolny i karykaturalny sposób. Powie Ci, że grunt to być sobą i na luzie, bo tylko tyle jest w stanie powiedzieć o mężczyznach, którymi była zainteresowana. Nie widzi tego, że „bycie sobą” i „luz” to rzeczy dające się kontrolować i rozbić na dziesiątki odrębnych czynników.

Tak samo weźmy faceta, dla którego nie do pomyślenia jest zagadać przypadkową dziewczynę na ulicy. Gdy zobaczy, jak to robisz, najczęściej skrzywi się i Cię wyśmieje. Zobaczy, że oglądasz na przykład mój kanał na YouTube i zjedzie Cię z góry na dół z drwiącym, ironicznym uśmieszkiem. Spyta, jakich nowych tekstów się nauczyłeś – bo jego całe pojęcie o uwodzeniu kobiet i byciu atrakcyjnym facetem ogranicza się do przekonania, że albo „masz to coś” albo tego nie masz. A każda próba świadomego wpłynięcia na zainteresowanie kobiety musi być jakąś „sztuczką”, czy „tekstem” – a to dlatego, że sam wielokrotnie próbował manipulować kobietą w tani sposób, po prostu nie wiedząc, że można inaczej. Dlatego teraz całe zjawisko zmierzy swoją miarą. Pies nie widzi człowieka, widzi kolejne zwierzę.

Ludzie, którzy nie zarządzają swoją głową, nie są asertywni i przejmują się falą czerwonych świateł, deszczem i byle humorem szefa w pracy zdziwią się za każdym razem, gdy zobaczą, że na Ciebie takie zjawiska nie mają wpływu. I że się nie denerwujesz bez powodu, że masz w sobie spokój i luz. Oni nie zobaczą za tym świadomej techniki, powiedzą „ten Karol to ma dobrze, co? Taki z niego luzak, ma wszystko w dupie”. Tacy ludzie nie mają pojęcia, że istnieje wybór, że bodziec A (autobus mi spierdolił) nie musi wywoływać reakcji B (wkurwiam się). Że pomiędzy A i B występuje INTERPRETACJA, historia, jaką sobie opowiadasz i że tą historią możesz zarządzać. Przypadkowy Krzysiek powie „ja tak mam, nerwowy jestem”, czyli wyjdzie z ramy, że nie ma absolutnie żadnej możliwości, by zmienić obecny stan rzeczy. Nie uwierzy także, że kiedyś również przejmowałeś się błahostkami, uzna że jest to po prostu cecha charakteru. Nerwowy i luzak. Jesteś albo jednym albo drugim, koniec. Geny czy jakieś inne czary mary.

Menel spod sklepu widząc faceta w garniturze bąknie coś o złodzieju i karierowiczu, skurwysynie i burżuazji. Nie zobaczy w tym człowieku zaradności, osiąganych celów i determinacji, bo te pojęcia są dla niego po prostu zbyt egzotyczne.

Dobra. To jakie są konkretne narzędzia i taktyki pracy nad sobą? Rozpiszę kilka najważniejszych i najbardziej ogólnych.

Cierpliwość

 

Jest to absolutny fundament, bez opanowania którego ciężko mówić o długodystansowej zmianie. Żyjemy w przestymulowanym społeczeństwie, gdzie bezustannie jesteśmy bombardowani nowymi bodźcami. Nasze mózgi zmieniły się (fantastyczny artykuł Jacka Dukaja, polecam) i żądają ciągłego rozpraszania – osią czasu na fejsie, nowymi wiadomościami, mailem, instagramem. Nowym pieskiem, śmiesznym kotkiem, nadętym pontonem w miejscu ust. Znam osoby, które nie są w stanie przeczytać trzech stron książki bez sprawdzenia telefonu.

Jesteśmy przyzwyczajeni do natychmiastowej gratyfikacji, co tłumaczy dlaczego tak ciężko jest nam utrzymać regularność na przykład w siłowni. Idziesz na parę treningów, w lustrze nie widać różnicy, więc się poddajesz, tracąc z oczu banalny fakt, że ciało potrzebuje regularnej stymulacji rozłożonej w czasie, by pokazać jakikolwiek efekt.

Cierpliwość to obranie dobrego kierunku i wykonywanie pracy z wiarą, że inwestycja się zwróci, a dni, miesiące – i tak przecież miną.

Jeśli miewam częste huśtawki nastroju (problem) to na przykład zaczynam medytować, lepiej się wysypiać i jeść zdrowo (rozwiązanie). Nie biczuję się jednak, jeśli po tygodniu wciąż będzie mi się zdarzało poczuć źle. Nie zwrócę uwagi na nawroty zjawiska, ale na odstępy zjawiska w czasie. Jeśli zauważę, że zjazdy zdarzają się coraz rzadziej, to oznacza, że jestem na dobrej drodze i wystarczy jedynie utrzymać to, co aktualnie robię.

Akceptacja

 

Akceptacja czego? Wszystkiego.

Że możesz mieć gorszy dzień i słabiej wypaść na spotkaniu, egzaminie czy ważnej rozmowie w pracy. Że czasem włącza Ci się melancholijny nastrój i nie masz ochoty nigdzie iść. Że gdy masz dylemat – zostać w domu, czy iść na imprezę – i zdecydujesz się na jedną z dwóch opcji, nie będziesz żałować tej alternatywnej, zaakceptujesz swoją decyzję, zamkniesz temat, a z nim ciąg myślowy. Dzięki temu skupisz się na czerpaniu przyjemności z konkretnego wyboru, bez wyrzutów sumienia.

Że ktoś może Cię nie lubić lub nie docenić. Że jakaś kobieta może nie chcieć z Tobą rozmawiać – po prostu. Że jakiś facet może Ci nie odpisać po bardzo fajnej randce. Że zrobiłeś, zrobiłaś z siebie głupka, czasem się zdarza, normalna rzecz.

Że jeśli nie możesz czegoś zmienić natychmiast, nie ma sensu się tym biczować i o tym myśleć. Jeśli rodzice Cię wkurzają, a wyprowadzasz się dopiero za pół roku, to zaakceptuj fakt, że musisz jeszcze trochę się przemęczyć i skup na bardziej produktywnych rzeczach. Negatywnym myśleniem niczego nie przyspieszysz, a tylko pogorszysz swoje samopoczucie.

Pozytywne myślenie, trzymanie się rzeczywistości, konkrety

 

Zrobiłem sobie w maju miesięczne wyzwanie – przez 30 dni nie narzekać i myśleć pozytywnie. Spodobało mi się na tyle, że wydłużyłem sobie cel bezterminowo. Wyeliminowałem z codzienności wpędzanie się w negatywne stany oraz rozmowy bazujące na narzekaniu. Czuję ogromną poprawę w samopoczuciu.

To tylko jeden przykład ustawiania sobie głowy, bo cały temat schodzi bardzo głęboko. Moim zdaniem podstawą pozytywnego myślenia powinno być założenie, że skoro sam ze sobą spędzasz najwięcej czasu, to musisz wykształcić w głowie przyjaciela. Być dla siebie oparciem w ciężkich chwilach oraz okazywać sobie wyrozumiałość. Nie generować jazd psychicznych i mentalnego biczowania, nie dokładać sobie kłód pod nogi – życie jest w tym wystarczająco skuteczne, nie musisz mu pomagać.

Notorycznie spotykam ludzi, którzy sami na siebie wjeżdżają. Źle o sobie myślą, rozpamiętują porażki i złe decyzje. Zamiast otrzepać się po upadku i wyciągnąć wnioski, wolą wpaść w bagno narzekania i użalania się. Co więcej, niektórzy są od użalania się nad sobą uzależnieni. Tyle, że nikt nie potrzebuje męczenników, nikogo męczennicy nie absorbują.

Najbardziej ogarnięte mentalnie osoby, jakie znam lubią siebie i starają się zawsze kontrolować to, co pojawia się w głowie i trzymać się przy tym rzeczywistości. Przykład: nie udało Ci się ukończyć projektu w założonym terminie, bo zrobiłeś się leniwy i po prostu dałeś dupska. Tok myślowy „normalnej” osoby: „jestem żałosny, gdybym tylko pracował więcej, do niczego się nie nadaję, zawsze wszystko kończy się tak samo…”. Efekt: jeszcze gorsze samopoczucie, spadek poczucia własnej wartości i zaufania do samego siebie. Brak rozwiązania problemu.

Tok myślowy osoby „ogarniętej”: „okej, fakty są takie, że dałem ciała. Po raz kolejny zauważam, że staję się leniwy i prokrastynuję, zamiast regularnie pracować i bez problemu wyrobić się z deadline’m. Trudno, stało się, teraz trzeba wziąć się w garść. Przy kolejnym projekcie od razu rozpiszę sobie plan pracy i każdego dnia będę realizował konkretny blok. To będzie priorytet, wszystko inne – imprezy, spotkania, wyjazdy – zepchnę na dalszy plan”. Efekt: kontrola samopoczucia, świadomość błędu przy jednoczesnej determinacji do zmiany. Wyciągnięcie wniosków + konkretny schemat działania, by uniknąć podobnej sytuacji w przyszłości.

To nie są czary mary, to nie bzdura. Ustawianie myślenia działa i jeśli nauczysz się dobrze z niego korzystać, będziesz w stanie usprawnić wiele swoich procesów, być bardziej efektywnym. Fakt, że coś jest obiektywnie niemierzalne (kontrolowanie własnych myśli) nie oznacza, że nie istnieje.

Kolejny punkt to przejmowanie się pierdołami niezależnymi od Ciebie. Wolno Ci „przejmować się” tylko tym, na co masz realny wpływ. I nie chodzi o „przejmowanie się” na zasadzie lamentu i rwania włosów z głowy – raczej o konkretne, trzeźwe planowanie kroków, które należy wykonać, by wyprostować sytuację i osiągnąć cel. A po opracowaniu planu – odpuszczenie, darowanie sobie myślenia o tym.

Asertywność

 

Nigdy nie pozwól na to, by ktoś korzystał na Twojej krzywdzie i złych emocjach. Nie bądź frajerem, szanuj siebie, swoje zasoby, a w szczególności czas. Jeśli jakiś układ Ci nie pasuje, powiedz o tym głośno. Mów o tym, co myślisz, bo po pierwsze ludzie nie są tak domyślni, jak Ci się wydaje, a po drugie niektórzy z nich widząc brak Twojej asertywności bez skrupułów Cię wykorzystają.

Rysuj ludziom wyraźne granice, których nie mogą przekroczyć. Od małych rzeczy, takich, jak sposób zwracania się do Ciebie, po rzeczy duże, jak na przykład pożyczanie pieniędzy, obietnice i wspólne plany. Ludzie muszą czuć do Ciebie respekt. Żyjemy w świecie, w którym wszyscy wzajemnie siebie testują, sprawdzając, na ile można sobie pozwolić. Jak dzieci w szkole.

Pamiętam niemiecki w gimnazjum. Przyszła do nas młoda dziewczyna, od razu po studiach. Była ładna, wykształcona i bardzo miła. Jej problemem było to, że stała się zbyt miła i nie narysowała nam żadnych granic. Zaczęło się niewinnie – od głośnych rozmów, chodzenia po sali. Skończyło się na jej płaczu, latających krzesłach i rzucaniu w nią kredą. Po tygodniu poszła na zwolnienie i już do szkoły nie wróciła. Zaraz po niej przyszła żyleta, u której na lekcjach nikt nie śmiał nawet pisnąć bez wyraźnego przyzwolenia. Dzieci te same, zachowanie skrajnie inne. Rysuj granice, bo inaczej inni narysują je za Ciebie.

Tyczy się to też związków, relacji damsko-męskich. Rozmawiaj z partnerem o swoich oczekiwaniach i wszystkich rzeczach, które Ci nie pasują. Nie dawaj wchodzić sobie na głowę tylko po to, by drugiej osobie było dobrze. Kurwa, ludzie ze sobą nie rozmawiają, dlatego tyle par się sypie, a zostają tylko wspólne zdjęcia – ale to temat na oddzielny wpis.

Odnośnie trudnych rozmów, werbalizowania oczekiwań – przeczytaj sobie książkę Crucial Conversations. Jeśli nie zmieni Ci życia, stawiam skrzynkę piwa.

Nawyki

 

Człowiek bez konkretnych, świadomie ustawionych nawyków jest człowiekiem, który nigdy nie kończy tego, co zaczął, swoje cele ogląda jedynie pod powiekami i generalnie grzęźnie w nicnierobieniu.

Sukces w żadnej dziedzinie nie bierze się z próżni, a z regularnego, najczęściej codziennego i mozolnego, napierdalania. Napierdalanie z kolei bierze się z dobrze ustawionych celów i dobranych pod nie nawyków. Konkretnych godzin pracy/treningów. Codzienności ustawionej tak, by te cele, nawyki wspierała. Nadawanych rzeczom priorytetów.

Jeśli pracujesz na etacie i chcesz do tego trenować na siłowni oraz pracować po godzinach nad biznesem na boku, to musisz wiedzieć:

  1. Kiedy przygotujesz sobie jedzenie?
  2. Wrócisz do domu po pracy czy pójdziesz bezpośrednio na trening?
  3. A może trening zrobisz przed pracą (co wymaga odpuszczenia wyjścia na miasto, pójścia spać wcześniej i wstania skoro świt), by wcześniej wrócić do domu i pracować nad pobocznym biznesem?
  4. Ile będzie trwał blok pracy nad pobocznym biznesem? Jaki jest plan pracy?

 

Jeśli nie pracujesz na etacie, prowadzisz biznes i do tego chcesz trenować, to musisz wiedzieć:

  1. O której codziennie wstajesz? Jaki jest górny limit?
  2. W jaki sposób zmotywujesz się do wstania, skoro nie masz nad sobą bata w postaci szefa?
  3. Jakie ustawisz sobie bloki pracy na laptopie i przerwy? O której będziesz kończyć?
  4. Jak zamienisz każdego poranka pokój w biuro? Jak będziesz radzić sobie z rozkojarzeniem rzeczami typowo domowymi?
  5. Jak będziesz traktować spontaniczne propozycje wyjścia na miasto i telefony od znajomych? Przecież nie masz etatu, możesz sobie pozwolić?
  6. Kiedy trenujesz, kiedy gotujesz?

 

Dopiero, gdy masz ustawione cele i konkretne nawyki, gdy rozpisany jest bojowy plan – dopiero wtedy możesz prawdziwie docenić czas wolny. Bez wyrzutów sumienia wdusić tryb samolotowy w niedzielę i odsapnąć na kocu, kąpiąc się w słońcu. Bez negatywnych myśli i poczucia, że trwonisz czas – bo wiesz, że od poniedziałku wjeżdża konkretny plan, który odhaczysz od zera do setki. Bo masz nadane priorytety, stworzone procesy, a każde zadanie posiada czas oraz sposób realizacji.

Nie ograniczajmy jednak nawyków tylko do pracy i treningów. Potrzebujesz też nawyków do tego, by po prostu czuć się dobrze:

  1. Regularna medytacja
  2. Czas w ciągu dnia na czytanie książki lub artykułów, które Cię interesują
  3. Sprzątanie mieszkania lub miejsca pracy
  4. Pielęgnowanie pasji

 

O moich nawykach pisałem troszkę TUTAJ.

Środowisko

 

Nie musisz przebywać z ludźmi, których nie lubisz. Nie musisz lubić każdego. Świadomie wybieraj ludzi, z którymi spędzasz czas. Nie bój się mówić „nie”, jeśli uważasz, że spędzenie czasu z drugim człowiekiem pogorszy Twoje samopoczucie lub po prostu nie będzie produktywne. Nie jesteś nikomu winien swego czasu, pamiętaj. Sam decydujesz o tym, na co go przeznaczasz.

Jeśli jesteś skazany na konkretne środowisko (ludzie na studiach lub w pracy) to świadomie ogranicz ich wpływ na Ciebie i Twoje przekonania. Znajdź przeciwwagę poza studiami i pracą – spotykaj się w wolnym czasie z ludźmi, którzy Cię wspierają, są inspirujący i przy których po prostu czujesz się dobrze. Niech Twoja bazowa „grupa” będzie wartościowa i napędza Cię do działania, stawania się lepszą osobą.

 

Po co to wszystko?

 

Okej, liznąłem tylko kilka ważnych obszarów pracy. O każdym z nich da radę napisać książkę grubości Biblii. Nie chodziło tu jednak o to, by dawać gotowe rozwiązania, ale by pokazać, że istnieją.

Teraz ustalmy sobie jedną rzecz. Te wszystkie nawyki, ustawianie myślenia, dbanie o środowisko, bycie asertywnym ma sens tylko wtedy, gdy wiesz dokładnie, czego chcesz. Problem natomiast jest taki, że większość osób kompletnie nie wie, czego oczekuje od siebie, innych osób, życia. Coś robi, coś zmienia (częściej nie), ale brakuje w tym koordynacji i konkretów.

Dopiero osoba z jasno określonymi celami będzie w stanie zrobić miażdżący użytek z codzienności, projektując ją w taki sposób, by dawała realny zwrot.

Natomiast wspólnym mianownikiem ludzi (…) zazwyczaj jest bezczynność. Nic nierobienie. Wpadanie w bezpieczny schemat, który ich dusi. Chcieliby coś zmienić, odnaleźć własną drogę – ale ciężko jest to zrobić, jedynie przyglądając się mapie. Odkrywanie tego, co chcemy w życiu robić nie ma nic wspólnego z biernością i zadawaniem pytań. Trzeba wyjść z domu, poświęcić czas, energię i podążyć konkretną ścieżką. Co więcej, czasem szlak trzeba będzie przetrzeć, bo nie będziemy znali nikogo, na kim moglibyśmy się wzorować. I tak, czasem wybierzemy źle, co owszem – wiąże się ze straconym czasem, ale też daje nam bezcenny (bo osobisty) feedback. To nie jest tak, że ktoś nam powie: „nie nadajesz się do tego”. Sami sprawdziliśmy, więc wiemy o tym bez osób trzecich. A świadomość, czego w życiu robić nie chcemy jest równie ważna, jak dotarcie do tego, czego pragniemy i za co dalibyśmy się pokroić.

Nie wiesz, co chcesz robić, bo tego nie szukasz

Ciekaw jestem, kiedy zamiast psychotropów lekarze będą przepisywać rozwiązywanie problemów, które wpędzają pacjentów w depresje. Kiedy narzekanie na rząd i niesprawiedliwy los będzie passé, a czymś oczywistym i zrozumiałym dla każdego stanie się związek przyczynowo skutkowy pomiędzy działaniem, a jakością życia. Kiedy ludzie będą bardziej szczerzy z innymi, a przede wszystkim z własnym odbiciem w lustrze. Kiedy zamiast dryfować zaczniemy intensywnie wiosłować w konkretnym kierunku, rozumiejąc, że własną rzeczywistością trzeba aktywnie zarządzać, a samych siebie możemy modelować jak plastelinę. 

Może lepszym pytaniem byłoby jednak „czy kiedyś…”?

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.