Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
30 Sie
 KOMENTARZY
, , ,
#Dziennik#Relacje

Już wiem, gdzie jesteś 2

Mieliśmy swoje love story. Magiczną rzeczywistość z innymi prawami fizyki. Dedykowaną bajkę. I właśnie tak chciałbym wspominać te kilka spotkań, tę wyjątkową historię. Ale nie potrafię.

 

TO JEST CZĘŚĆ DRUGA HISTORII. JEŚLI NIE CZYTAŁEŚ CZĘŚCI PIERWSZEJ KONIECZNIE KLIKNIJ TUTAJ.

 

Siedzę w umówionym miejscu i popijam (zimne już) latte. Dookoła masa ludzi, centrum Warszawy. Nie wiem, czego się spodziewać po tym spotkaniu. Przez moment zastanawiam się nawet, czy przypadkiem nie popełniam piramidalnej głupoty. Nie znam człowieka, nic o nim nie wiem. Samo zdobycie kontaktu wymagało wysiłku i ryzyka większego, niż ustawa przewiduje. Jeszcze się spóźnia. Właściwie, to nie mam żadnej pewności, że w ogóle się pojawi.

A jednak. Podchodzi gość pod trzydziestkę, odsuwa krzesło. Siada naprzeciw, ale nie odpala papierosa. Nie mierzy też groźnym spojrzeniem, bo oczy w gruncie rzeczy ma łagodne. Jest uśmiech, jest jakiś small talk.

Jest zupełnie inaczej, niż na amerykańskich filmach.

Odchyla się w krześle. Chce, żebym opowiedział, więc opowiadam. Wtedy przychodzi jego kolej, a ja zamieniam się w słuch.

Po zaledwie pięciu minutach wiem już wszystko, co muszę wiedzieć.

*

Każdy kiedyś chociaż raz poczuł lęk przed ciężką chorobą. Błąkał myślami w ciemnych odmętach nowotworów, wirusów wszelkiej maści i innych gówien. Każdy też zna przynajmniej jedną historię z bliskiego otoczenia, która zakończyła się tragicznie. Normalnym odruchem jest odcięcie myśli w momencie, gdy przyłapie się mózg na zapuszczaniu w podobny syf. Przekierowanie skupienia. Jestem w tym mistrzem, bo poważnych chorób bałem się od zawsze.

A teraz – o ironio – siedzę w nich po uszy.

Napieram na oparcie fotela i biorę głęboki wdech, zupełnie tak jakbym od kilku minut zapomniał o oddychaniu. Wiem, że nie powinno się trzeć zmęczonych oczu, ale jest mi już wszystko jedno – ugniatam je, jakby jutra miało nie być. Rozprostowuję plecy i ramiona, aż chrupie.

W trzy dni przeczytałem o nowotworach cały internet. Połknąłem dziesiątki artykułów, kilka for i jedną książkę. Na biurku prócz laptopa stoją trzy puste kubki po kawie i jeden po herbacie. Blog leży odłogiem, a szkic książki kisi się w torbie odkąd wróciłem do Białegostoku. Znajomi twierdzą, że mnie pojebało. Rzeczywiście, z ich perspektywy może to tak wyglądać.

Są w życiu sprawy ważne i ważniejsze. Te drugie mają to do siebie, że rządzą się swoimi prawami. Ciężko je komukolwiek wytłumaczyć bez popadania w banał i zbędny patos, więc czasem lepiej nie tłumaczyć wcale. Bo ja jestem w pełni świadom faktu, że zapewne w niczym nie pomogę Karolinie, żaden ze mnie cudotwórca przecież. Wiem również, że choroba nadała naszej relacji tragicznej, niemal filmowej głębi – co tylko potęguje moje nią zauroczenie. Należę do wąskiej grupy facetów, którzy są świadomi mechanizmów, jakie stoją za zasłoną utkaną z emocji i zawsze potrafię myśleć dwutorowo. Spojrzeć na swoje działania przez surowe zwierciadło logiki.

Jeszcze nie przeginam.

Jeszcze.

*

W teorii przyjechałem do Gdańska na weekend po to, by odebrać klucze do chaty. W praktyce wygląda to tak, że Karolina wyszła ze szpitala i mamy się zobaczyć po raz pierwszy od ponad dwóch tygodni.

Siedzę sam w pustym mieszkaniu i myślę o tym, jak bardzo boję się tego spotkania.

Przedłużenia historii, w której może zdarzyć się wszystko, prócz happy endu.

Rozmawiania o czymś tak ciężkim, jak nowotwór.

Przekazania informacji, które wydarłem z poświęceniem, a z których najpewniej ona nie będzie chciała skorzystać.

Za oknem się ściemnia, a do mieszkania niespiesznie zakrada się półmrok. Siedzę w fotelu i wsłuchuję się w niepokojące dźwięki mieszkania. Każdy dom ma swoje, do każdych trzeba się przyzwyczaić. Te konkretne oswaja za mnie Mary Jane. Wiem, że to zły wybór. Powinienem wyjść do ludzi, spotkać się z kimś, porozmawiać. Wolę jednak tkwić w tym dziwnym, mrocznym kokonie. Mózg ma to do siebie, że za wszelką cenę będzie dążył do utrzymania obecnego stanu. Pozwalam mu, bo intuicja podpowiada mi, że od jutra i tak będę musiał się od całej sprawy zdystansować, wziąć mentalny prysznic.

Odpalam Kate Bush.

Jeszcze dziś mogę się w tym taplać.

*

Patrzę w lustro i z zaskoczeniem zauważam, że noszę kilkudniowy zarost. Ostatnio ciągle odkładam golenie na później. Biorę do ręki maszynkę i słyszę wibrację telefonu.

Dźwięk smsa na godzinę przed spotkaniem jeszcze nigdy nie uszczęśliwił żadnego faceta. Wchodzę do pokoju i odczytuję wiadomość, znając jej kontekst jeszcze przed odblokowaniem klawiatury.

Przepraszam Cię bardzo, ale koszmarnie się czuję. Nie wzięłam do pracy leków i mam jakieś ataki. Pojadę prosto do domu, więc nie możemy się dziś zobaczyć.

Rozsiadam się w fotelu. W pierwszej chwili jestem zawiedziony. W drugiej kończę się golić, wrzucam na siebie ciuchy i zamawiam taxi.

*

Przechodzę koło jej sklepu. Jeszcze jest w środku. Serce wpada w galop. Spaceruję dalej i siadam przy fontannie.

V: Przyjechałem na chwilę pogadać. Możesz zrobić sobie przerwę?

K: Heeej 🙂 za moment wychodzę już z pracy. Poczekasz na mnie?

Czekam. Po kilku minutach wychodzi, wita mnie ciepłym uśmiechem.

W normalnych warunkach potrafię być elokwentny, nawet pod dużą presją. Tyle, że to nie są normalne warunki.

Moje myśli przypominają lej po bombie.

– Cześć – mówi, całując mnie czule w policzek. – Dobrze cię widzieć.

Czy wygląda inaczej? Chyba nie, może jest trochę blada. Zapomniałem już, że te oczy są aż tak wielkie. Zdążyłem sam siebie przekonać, że moja wyobraźnia zakrzywiła rzeczywistość.

Idziemy w stronę wyjścia z galerii.

– Co u ciebie, jak było w domu? – zadaje nic nie znaczące pytania. Próbuje rozmawiać o pierdołach, kompletnie unikając tematu.

Ja tak nie potrafię. Z drugiej strony, nie wiem też, w jaki sposób przejść do sedna. W szkole przecież nie uczyli dyskusji o nowotworach z człowiekiem, który jest śmiertelnie chory, do kurwy nędzy.

– Porozmawiajmy o tobie, szpitalu i wynikach – walę prosto z mostu. Najwyżej będę kalibrował później.

– Nie chcę o tym rozmawiać – reaguje ostrzej, niż się spodziewałem.

– A jednak, porozmawiamy.

– Wyjdę z tego i już. – Zupełnie, jakby mówiła o przeziębieniu. Albo o grypie. 

Myślę: Jesteś, czy chcesz być aż tak naiwna?

Mówię:

– Jasne, po prostu…

– Czy zastanawiałeś się, jakie to dla mnie trudne? – Zatrzymuje się w miejscu, robiąc groźną minę.

Nie. Wcale, głupia babo.

– Może nie chcę myśleć o tym przy każdej okazji – dodaje podniesionym głosem, rozkładając ramiona w teatralnym geście. Sądząc po wprawie, zazwyczaj się sprawdzał. Na mnie nie robi jednak większego wrażenia.

– Zadam ci kilka pytań. Następnie powiem kilka rzeczy – mówię spokojnie. Podnieś głos w takiej sytuacji, a zgotujesz sobie bezsensowną eskalację prowadzącą do kłótni. – Zrobisz z tym co zechcesz, ale wpierw mnie wysłuchasz.

Nie po to zarywałem noce i jechałem do Gdańska, żeby teraz porozmawiać o dupie Maryni i wrócić do Warszawy.

Patrzymy na siebie. Tonę w ciemnym błękicie. W tym momencie jestem  wstanie dać wiarę opowiastkom o kolorze oczu zależnym od nastroju. Karolina dochodzi do wniosku, że nie wygra tej konfrontacji.

– Dobrze – odpowiada w końcu.

Gardło, trzustka, wątroba, płuco. I brak chemii. Brak dalszej hospitalizacji. W tym momencie nie zauważam tutaj absurdu. Zaczynam mówić. Dzielę się wiedzą. Tą legalną i mniej legalną. Akceptowaną i tępioną przez środowisko onkologów. Daję też książkę. Karolina słucha z zainteresowaniem. Kończę, mam czyste sumienie – misja wykonana. Zrobiłem wszystko, co mogłem zrobić nie będąc cudotwórcą. Po prostu uważam, że osoba z tak poważną chorobą powinna znać wszystkie możliwe punkty widzenia i opcje, żeby podjąć najbardziej rozsądną i przede wszystkim świadomą decyzję.

Dochodzimy do przystanku. Jest luz. Już się do mnie przytula, już jest jak ostatnio. Mruczy mi do ucha te słodkie, bezkompromisowe rzeczy, które chłonę jak gąbka.

– Dziękuję, że przyjechałeś mimo mojego smsa. I dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Przepraszam za to, jaka byłam dziś na początku. To było kompletnie niefair z mojej strony.

– Dobra, bo się rozkleję.

Dostaję kuksańca w brzuch. Karolina uśmiecha się, po chwili przygryza wargę i wpija się w moje usta. Truskawki. W końcu odkleja się i patrzy mi w oczy.

– Sowa dopytuje się, kiedy idziemy na kawę.

– No nie wiem. Uszy odpadają mi od Kate Bush.

– Mi też. Mamy za mało wspólnych piosenek po prostu.

W tym momencie nic nie wskazywało na to, że więcej mieć już nigdy nie będziemy.

*

Coraz toporniej pisze się smsy. Nie mam w zwyczaju powielać wiadomości i nigdy nie podejmuję gier w kto pierwszy napisze. Laska przecież widzi, że się odezwałem. Teraz to od niej zależy, kiedy i czy łaskawie odpisze. Musi się jednak liczyć z tym, że im więcej czasu mija, tym bardziej mnie to wychładza. Być może ten mechanizm działa inaczej na typowego Grzesia – pamiętam przecież czasy, kiedy i ja wkręcałem się w takich sytuacjach mocniej. A teraz? Wiem, że Karolina specjalnie mnie przetrzymuje i coraz bardziej zaczyna mi to powiewać. Co parę dni pisze mi rzeczy wyrwane z kontekstu. Ostatni mms od niej to zdjęcie nowego psa – kompletnie od czapy. Zniechęcam się, bo coś zaczyna mi nie pasować do całości układanki. W tym momencie jeszcze nie wiem, co.

Zaczynam pełniej oddychać, chłód z jej strony powoduje, że nabieram dystansu i znów potrafię się skupić na innych rzeczach. Cieszy mnie to, bo balansowałem przecież na cienkiej linii.

Nie piszemy. Pozostało trochę żalu. Bo to miało trwać, być piękne, niewinne i prawdziwe. Miało być nasze.

Ta historia nie ma klamry, wyraźnego zakończenia – bo życie to nie film.

To historia z pytaniem na końcu. Pytanie brzmi: co jeśli?

Emocje opadają, więc mam większą przejrzystość. Mój umysł zaczyna łączyć z pozoru nieistotne fakty cienkimi liniami. W pierwszym momencie odrzucam ten pomysł. Wraca jednak jak bumerang. Może to moja nadinterpretacja. Może podświadomie szukam wytłumaczenia. Nie ważne, jak bardzo staram się nie myśleć w ten sposób – idea, wpierw mała jak ziarenko, zaczyna powoli kiełkować. I rozrastać się w środku, zatruwając cały ekostystem przyczynowo-skutkowy boleśnie zasadnym pytaniem: co jeśli?

Mieliśmy swoje love story. Magiczną rzeczywistość z innymi prawami fizyki. Dedykowaną bajkę. I właśnie tak chciałbym wspominać te kilka spotkań, tę wyjątkową historię. Ale nie potrafię.

Nie potrafię, bo historia posiada skazę. Tą skazą jest drzazga pod paznokciem, której nie sposób wyjąć.

Co, jeśli Karolina kłamała?

comments powered by Disqus

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

#Dziennik

Przetrzyj swoją szybę

No hej

Linie pęknięć

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.