Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
11 Kwi
 KOMENTARZY
, , , ,
#Dziennik

Ogień, którym płonę dla Ciebie

Kończę dziś 28 lat. Nigdy wcześniej nie byłem tak sprawny fizycznie, tak restrykcyjny jeśli chodzi o ćwiczenia oraz dietę. Nigdy też lepiej nie rozumiałem samego siebie i nie podążałem w lepszym kierunku. Nie, nie czuję się staro, a jeśli czytasz bloga wiesz, że nie przywiązuję zbyt dużej wagi do tych cyferek. 

Niektórzy moi znajomi nie rozumieją tej beztroski. To nie jest tak, że nie uderza mnie przemijanie, rozpiętość czasu. Rzeczywiście, dziwnie się czuję na myśl, że dokładnie 10 lat temu udawałem, że się świetnie bawię na swojej osiemnastce. Dziwnie mi, że mój młodszy brat ma obecnie więcej lat, niż ja miałem, gdy rozgrywały się wydarzenia opisane w Płonąc w atmosferze. Natomiast dopóki dbam o swoje ciało i umysł, jestem sprawny fizycznie i cały czas stawiam przed sobą wyzwania, pozostając rześkim – czym się, kurwa, przejmować? Ja tak młody i wypełniony energią byłem ostatnio, gdy na wariata kupowałem bilety lotnicze do Kijowa, by spotkać się z Anią (21 lat). Nie wiem, dlaczego jakieś cyfry miałyby określać sposób, w jaki na siebie patrzę. Czy się realizuję? Tak. Czy jestem szczęśliwy? Jestem. Czy się rozwijam? Jak nigdy. Sztruksowe spodnie też trzymają się ode mnie z daleka, a gdy próbują wychynąć z szafy, dostają z buta.

Jak się postarasz, znajdziesz mój wpis sprzed 4 lat, też popełniony w dzień urodzin. Lubię go czytać, by przypominać sobie, jak głupi byłem, jak mało wiedziałem o życiu oraz jaki proces przeszedłem, by znaleźć się tu, gdzie jestem teraz. Za nic nie chciałbym się cofnąć, bo jako ludzie potrzebujemy czasu, by wyklarować drogę, po której chcemy podążać oraz wytworzyć narzędzia, by się jej utrzymać w długiej perspektywie.

Chcę Cię inspirować do pełniejszego życia na własnych zasadach. Nie będę Twoim tatą, ale chętnie zostanę przyjacielem, podzielę się wnioskami i zamiast wpuszczać w zarośniętą dżunglę, nakieruję Cię w przerzedzony (ale tylko trochę) maczetą szlak. Na własnym przykładzie pokażę Ci, że można się zmienić, żyć pełniej i zamiast cały czas próbować dogonić szczęście – odnaleźć je w sobie.

Misją tego bloga jest wyrwać Cię z apatii i nauczyć chodzić o własnych siłach. Widzieć własnymi oczami i przestać wycierać sobie gębę starymi, oklepanymi prawdami. Chcę dawać Ci dobre emocje, zmuszać do przemyśleń i czasem się z Tobą drażnić.

Życie jest teraz, nie jutro. Pamiętam, że po przeprowadzce do Warszawy bardzo dużo pracowałem, by nie umrzeć z głodu. Na głowie miałem setki problemów, mało czasu dla siebie, a uwaga wciąż uciekała gdzieś daleko w przyszłość. Mówiłem sobie, że pożyję, gdy tylko się ustabilizuję. Gdy rozwiążę pierwszy, drugi, trzeci problem. Gdy blog się rozkręci, gdy będę miał więcej klientów lub pewność, że sobie poradzę. W końcu, pewnego pięknego dnia spadła mi na łeb ciężka konkluzja: teraz jest życie. To “kiedyś pożyję” właśnie się dzieje, a ja to przegapiam, wpatrzony gdzieś w horyzont. Twoje szczęście, najlepsze chwile przeciekają Ci gdzieś między problemem, który Cię zżera, czasem, którego nie cofniesz i rutyną codzienności. Czekasz na wiosnę tylko po to, by zaplanować lato, a latem wyjeżdżasz powoli zarzynając się nadchodzącą jesienią. Gdy to zrozumiesz, zaczniesz się wybudzać. Ćwiczyć uważność każdego dnia. Puszczać sobie ulubioną muzykę, biorąc prysznic. Dbając o siebie, ustawiając życie tak, by służyło Twoim celom. Oddając się chwili, gdy wyciągnięty na kocu pijesz zimne piwo. Gdy patrzysz w rozszerzone do granic źrenice osoby, która leży obok Ciebie w pogniecionej, rozgrzanej jeszcze pościeli. Nie czekaj na wielkie pieniądze, jedyną w swoim rodzaju miłość, czy wycieczkę do USA. Rób wszystko, by osiągać cele, ale żyj już teraz, bo właśnie teraz spierdala Ci czas. Dociera? Jeszcze nie? No to lepiej złap się fotela, bo Ci coś opowiem.

IDAHO, PERRINE BRIDGE

 

Mój kumpel Bartek stoi na moście. Nie przyjechał jednak podziwiać widoków. Wypakował swój spadochron i spuścił w dół, przygotowując się do jednego z bardziej niebezpiecznych stunt’ów (wygląda to TAK). Musi przeskoczyć nad swoim spadochronem i zaufać, że ciężar ciała go obróci. Że złapie powietrze, nie zaplącze się. Ma tylko jedną szansę, most ma śmieszne 150 metrów wysokości, nikt nie zabiera na ten trick zapasowego spadochronu, bo byłby i tak bezużyteczny.

 

Obrót spadochronu to pikuś. Co, jeśli źle wymierzy i zamiast przeskoczyć nad, wskoczy w spadochron? Co, jeśli stopa mu się poślizgnie i źle się wybije? Serce szarżuje, jak kopnięte prądem. Pompuje w żyły adrenalinę, ciężko złapać spokojny oddech. Nie ma szans, Bartek schodzi. Tego dnia staje jeszcze na krawędzi dziesięć razy, za każdym razem przegrywa ze swoim mózgiem. W pewnej chwili pojawia się starszy pan. Twarz pobrużdżona zmarszczkami, siwe włosy rozwiane przez wiatr i szalony błysk w oku.

 

– Pokażę ci, młody – mówi, po czym staje na krawędzi, spuszcza spadochron, uśmiecha się i bez zastanowienia skacze. Przelatuje nad spadochronem jak kamień, ciągnie go w dół, po czym oczom Bartka ukazuje się rozłożony, niebieski spadochron.

 

Bartek dochodzi do siebie, po czym wchodzi na krawędź raz jeszcze i tym razem decyduje się na skok.

 

Już na dole zagaduje starszego pana. Pyta go o skoki, jak się wkręcił.

 

– Wiesz – mówi. – Razem z przyjacielem całe życie pracowaliśmy, byliśmy księgowymi w jednej firmie. Praca, praca, praca. Robiliśmy projekty, trzepaliśmy nadgodziny, życie odkładając na później. “Na emeryturze sobie pożyjemy”, tak mówiliśmy. Już pieprzyć wakacje, których nie było – dziesiątki lat poświęciliśmy na zamartwianie się o karierę, jakieś błahe problemy. Nigdy nie było nas “teraz”. Ciągle nieobecni, zapatrzeni przed siebie, na to życie, które miało na nas czekać gdzieś tam, za kilka lat. Szczęście, wycieczki, inne kraje, a przede wszystkim coś tak banalnego i prostego, jak obudzić się rano, uśmiechnąć się i poczuć relaks, spokój. W końcu przyszła upragniona emerytura, zaplanowaliśmy wyjazdy, pobookowaliśmy przeloty, hotele.

– I co? – spytał Bartek.

–  Dwa miesiące później mój przyjaciel zmarł na zawał serca, a ja zacząłem skakać.

 

Żyjmy dziś, nie jutro.

 

PS. Dziadek bawił się w base jeszcze jakiś czas – w końcu wymyślił sobie stunt, który wykonał tylko trzy razy. Polegał on na tym, że skakał, podpalał główny spadochron i otwierał zapasowy. Dwa razy mu się udało.

 

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

#Dziennik

30

0

(Nie)zwykły poniedziałek

0

Przetrzyj swoją szybę

0

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.