Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
#Życie

Pierwsza i ostatnia taka generacja

Pewnego razu pradziadek wziął mego dziadka na stronę i wyszeptał konspiracyjnie, że podobno w sąsiedniej wsi widziano na niebie metalowego ptaka.

Chodziło o samolot.

 

Dziadkom, z zabitej deskami wsi udało przenieść się do miasteczka. Moi rodzice mieszkali już w mieście. Ja i moi bracia jesteśmy obywatelami świata.

 

W jednej kieszeni mieścimy przedmioty, które naszym rodzicom zaśmiecały cały pokój: telefon, zegarek, kamera, dyktafon, budzik, odtwarzacz mp3, gps, zdjęcia, filmy, książki, notatki, kalendarz. Upakowanie tych wszystkich rzeczy w jedno urządzenie zajęło tylko dwadzieścia lat, a według naukowców technologia rozwija się wykładniczo – pięć, czy dziesięć lat do przodu i nie będziemy w stanie uwierzyć, że w roku 2016 byliśmy tak zacofani, że w ogóle używaliśmy telefonów komórkowych.

 

Wygraliśmy w pokoleniowej kumulacji – urodziliśmy się w czasach, w których wolno nam wszystko. Możemy podróżować za granicę i nie musimy ograniczać się nawet do własnego kontynentu. Wolno nam lecieć do USA, Azji, Australii. Kwestia chęci i dwóch zasobów: czasu oraz pieniędzy. Naszym przywilejem jest fakt, że urodziliśmy się w trakcie przełomu. Starsi ludzie już obecnej rzeczywistości nie rozumieją, a najmłodsi nie znają innej.

My jesteśmy idealną hybrydą.

 

Pamiętamy jeszcze czasy bez internetu i przynajmniej na razie – potrzebujemy umiejętności miękkich. Coraz mniej, ale wciąż potrafimy rozmawiać z drugim człowiekiem. Jedną stopą grzęźniemy w technologicznym chaosie, drugą jednak  twardo stoimy na sprawdzonych, ludzkich wartościach. Mimo wielkich zmian w naszych mózgach, upośledzonej zdolności do utrzymania skupienia, bronimy się przed zalewem substytutów prawdziwego życia. Na ten moment nic jeszcze nie zastąpi nam ciepła drugiego człowieka i rozkoszy doświadczania przepięknych miejsc, tworzenia historii. Nie jesteśmy cyborgami. Wciąż jesteśmy tylko ludźmi, ale z ponadprzeciętnymi możliwościami.

 

Mamy internet. Nieograniczony przepływ informacji bez cenzury. Dostęp do zaawansowanej wiedzy na każdy możliwy temat z dowolnego miejsca na świecie. Internet to narzędzie do dzielenia się sobą z innymi swobodnie, omijając “znanych krytyków”. Każdy może prowadzić swój własny program na YouTube, bez użerania się ze stacjami telewizyjnymi. Wolno nam pisać blogi bez obaw, że rzucimy kilka słów, które zniesmaczą naczelnego. Publikujemy fotografie na własnych stronach internetowych, nawet nie myśląc o wystawach. Mamy w dupie Empik i tradycyjny model dymania autorów książek. Nie obchodzi nas widzimisię wydawnictw, liczy się tylko to, czy ludzie nas cenią i chcą czytać. Bezpośredni kontakt z odbiorcami, bez ograniczających i problemowych pośredników – to prawdziwa wolność. Wolność na skalę, o której kiedyś autorzy treści mogli jedynie marzyć.

 

Żyjemy w pięknych czasach, w których to ludzie decydują o tym, co jest dobre. Nie pani prezenter w telewizji, kapryśny redaktor ani zdziadziały krytyk literacki. Nie potrzebujemy “szczęścia”, ani “układów” do tego, żeby się wybić. Zamiast tego pierwsze skrzypce grają pomysł, determinacja i pracowitość. Kanał dystrybucji mamy zapewniony. Tym bardziej szokujące jest, jak wiele osób po prostu odpuszcza, zamyka się w swojej głowie i marnuje: czas, predyspozycje i talent. Ciężko jest mi wyobrazić sobie coś smutniejszego od autosabotażu i spuszczenia w kiblu szans, jakie daje nam rzeczywistość.

 

Mego pradziadka dziwił metalowy ptak na niebie, ale zemdlałby widząc młodych ludzi, którzy mając takie możliwości wolą nie robić nic.

To powinno być karalne. 

 

Możemy pracować w międzynarodowych korporacjach, zakładać start-upy i korzystać ze stron typu crowdfunding. Tworzyć własne marki, zarabiać “z laptopa”, grzejąc tyłek na drugim końcu świata. To cały ocean szans, niektórzy mogą nawet uważać, że opcji jest zbyt wiele. Stoimy na rozstajach, tylko że zamiast dwóch czy trzech dróg do wyboru – mamy ich tysiące. Naszym rodzicom rzeczywiście było pod tym względem łatwiej, ale kosztem dużych ograniczeń. Bardzo się cieszę, że mogę sondować poszczególne ścieżki i próbować różnych rzeczy. Wszystko po to, by w końcu obrać kurs nie będący przypadkiem czy przymusem, a rzeczywistym przeświadczeniem, że ten właśnie jest stworzony dla mnie. Że to czuję, w tym się spełniam i to chcę w życiu robić. A jeśli kiedyś zmienię zdanie?

 

Nie palimy za sobą mostów, a z roku na rok możliwości pojawia się coraz więcej – czas gra więc na naszą korzyść.

 

Nie wolno nam narzekać (ten przywilej to już historia) na “trudny start”, nie przy takich możliwościach. Jesteśmy w pełni odpowiedzialni za swoje życia, wszystkie decyzje, a przede wszystkim ich brak. Narzekać, to mogły nasze mamy, gdy spędzały tygodnie w uczelnianej bibliotece, pisząc magisterkę (nawet nie marząc o czymś takim jak ksero czy Google). Narzekać mogli nasi ojcowie, gdy jedno słowo za dużo kończyło się donosem, a zdobycie głupiego telewizora oznaczało trzy miesiące stania w kolejce. My możemy co najwyżej docenić czasy, w których żyjemy i spróbować jak najlepiej je wykorzystać. Zrozumieć, że jesteśmy pierwszą i zarazem ostatnią taką generacją.

 

Zrobić krok do przodu i zacząć się realizować, nawet w najbardziej abstrakcyjny sposób – rzeczywistość XXI wieku z całym technologicznym arsenałem tylko czeka na to, by nas wesprzeć i poprowadzić za rękę. 

 

comments powered by Disqus

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

#Dziennik

30

(Nie)zwykły poniedziałek

Przetrzyj swoją szybę

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.