Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
#Dziennik#Relacje

Pociąg, na który zaspaliśmy

Nienawidzę siebie za to, że ona mnie kocha, a ja nie potrafię tego uczucia oddać, choć bardzo bym chciał. Im więcej ciepła mi okazuje, tym bardziej ochładzam przestrzeń między nami, pozostawiając pustkę i przeciąg. Oddalam się, wiem o tym i nie potrafię tego procesu zatrzymać. Z osoby, która nigdy, przenigdy nie grałaby z nią w gierki, stałem się króliczkiem, który nie może przestać spierdalać. Niszczę wszystko, co między nami niewinne, szczere i piękne. Rysuję karoserię kawałkiem kanciastego metalu, choć wcale nie chcę tego robić. To jak rozdwojenie jaźni, jakaś kpina.

W idealnych warunkach bylibyśmy dla siebie stworzeni, ale ten przywilej nas nie dotyczy. Mieliśmy czas dla siebie, to jedno przegapione okno, pociąg, na który zaspaliśmy. Teraz życie wygląda inaczej, odcisnęło na nas swoje piętno. Poturbowało nas oboje na swój własny sposób, pozostawiając blizny i jątrzące się rany, które nigdy się nie zagoją – bo nie można zamknąć raz otwartych drzwi. Nie w tej bajce.

Próbowałem udawać, że jest inaczej, mimo że prawie od samego początku widziałem te drobne pęknięcia, powiększające się rozgałęzienia prowadzące do dalszej degradacji. Sam uwierzyłem, że życie jednak może być jak film i w tę zabawę wciągnąłem ją. Nie przekalkulowałem jednak, że w tym układzie miała o wiele więcej do stracenia ode mnie. Wychodzi więc chyba na to, że jestem egoistą. Tak?

Wiele dziewczyn zwodziłem, z wieloma grałem w grę. Przecież wiedziały, na co się piszą – to wystarczyło, by pozbyć się wyrzutów sumienia. Z nią jednak jest inaczej. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał, to sprawić, by była zraniona właśnie przeze mnie. Czuję się podle i jednocześnie nie mogę powstrzymać ręki, którą chwytam za obrus, zrzucając na ziemię talerze, zalewając wszystko woskiem ze świec i plamiąc czerwonym winem – niszcząc starannie przygotowaną kolację.

Może dlatego tak długo uciekałem od poważnych, głębokich relacji. Przerażała mnie odpowiedzialność za drugą osobę. Za te najgłębsze uczucia, które może Ci oddać, powiązać z Tobą, zapleść na szyi, zrobić z nich stryczek. Oczekiwania, plany, przywiązanie, uzależnienie. Przerażał mnie brak dystansu i oddawanie się komuś w pełni, zastąpienie kimś swego własnego świata. To powinien być powolny i obopólny proces, cegła, zaprawa, cegła – a nie improwizacja jednego aktora i zmuszenie drugiego, by za nim nadążał. To nie fair. Nie ma nic gorszego, niż zostać narkotykiem dla kogoś, na kim Ci zależy. Wtedy zawsze zranisz tę osobę, niezależnie od wyboru:

Będziesz dawać siebie po kawałku, nie chcąc sprawy pogorszyć – jeszcze bardziej od siebie uzależnisz.

Oddasz się w całości, połknie Cię na raz, aż się zachłyśnie i wtedy nie będzie już nawet mowy o odwrocie.

Odetniesz się – skażesz ćpuna na skrajny głód, cierpienie, ból istnienia i pustkę.

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że na uzależnioną w taki sposób osobę nie możesz już patrzeć z szacunkiem. Fakt uzależnienia ją z tego szacunku odziera i nie da się na to nic poradzić. To niemożliwe, bo następuje coś w rodzaju biologicznego obrzydzenia, skazy. To bariera nie do przejścia.

Wiele razy sam byłem po drugiej stronie. Angażując się zbyt chaotycznie i szybko, przytłaczając sobą drugą osobę, zmuszając ją do odwrotu. Nie mówię już tutaj nawet o szczeniackich czasach – kiedy zakochiwałem się platonicznie i nic z takim uczuciem nie potrafiłem zrobić – ale znacznie późniejszych, gdy miałem już wiele kobiet. Nawet rozumiejąc te wszystkie mechanizmy, którymi rządzą się relacje, nieraz emocje oślepiały mnie do tego stopnia, że traciłem kompletnie dostęp do logicznego myślenia, traciłem kontrolę nad sytuacją. Robiłem zbyt dużo, zbyt szczerze i zachłannie, psując najlepiej zapowiadające się znajomości. Czułem żal do kobiety, która budowała między nami mur, wychładzała relację, a przecież doskonale ją rozumiałem. Wiedziałem, że popełniłem błąd, że zdjąłem pancerz odsłaniając się zbyt wcześnie. Ulegając złudzeniu, że tym razem może być inaczej. Że teraz można szczerze, bez udawania i bez gierek. Nawet czując ogromny ból, doświadczając najniższych dołków emocjonalnych, wiedziałem. Uzależniłem się, przestała mnie szanować.

Brzmi jak skrajne skurwysyństwo, ale właśnie w taki sposób działają nasze emocje, myśli.

Taki mamy wgrany program – i co z tym fantem zrobić, panie doktorze?

Kto tutaj jest winny i czy w ogóle można być winnym bycia człowiekiem?

Tak sobie myślę, że przecież naiwne jest oczekiwać od relacji tylko tych pozytywnych, słodkich i kolorowych emocji. Oczywiście, da się żyć w iluzji i to nawet przez długi czas – ale nagromadzone ciśnienie zawsze musi znaleźć ujście. Bo między ludźmi, tak jak w każdej sferze życia, zawsze bywa dwojako. Ciekawie i nudno, radośnie i smutno, tajemniczo i przewidywalnie. A na końcu zawsze ktoś cierpi i jedyną niewiadomą tutaj jest, czy będzie to tylko jedna osoba, czy obie. To nierozłączna część kontraktu, który zawsze podpisujemy wchodząc w relację. Akapit oznaczony gwiazdką i drobnym druczkiem, łatwy do przegapienia, gdy jesteśmy w uczuciowym rauszu.

Ja to wszystko rozumiem. Tylko, że ta świadomość wcale nie sprawia, że rzeczy stają się prostsze.

comments powered by Disqus

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

#Dziennik

30

(Nie)zwykły poniedziałek

Przetrzyj swoją szybę

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.