Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
#Życie

Suma wszystkich strachów

Czasami myślę, że jako ludzie mamy naturalne predyspozycje do ciągłego zamartwiania się. Wszyscy sobie to robimy, przewijamy w głowie najczarniejsze scenariusze mimo, że prawie nigdy się nie spełniają. 

Na każdym kroku wmawia się nam, że musimy przejmować się drobiazgami, wszystko brać personalnie i rozdmuchiwać negatywne myśli. Sytuacja jest beznadziejna, bo bardzo silnie wzmacniana przez popkulturę. Telewizję oglądam tylko, gdy odwiedzam rodziców i za każdym razem jestem przerażony rozmiarami patologii, jaką instaluje się widzom tych wszystkich spierdolonych seriali i reklam. Nie będzie żadnej przesady, gdy napiszę, że oglądanie kablówki to dobrowolne wystawianie się na deszcz gówna i pomyj. Lecą takie Barwy (nie)Szczęścia, czy inny syf. Główna bohaterka jest tak niedojebana, że błahe problemy w pracy przenosi do domu i wyżywa się na swoim mężu i dziecku. Wspaniały wzorzec do naśladowania, rzeczywiście. Przykład typowej, polskiej rodziny. Może kiedyś doczekam się TVNowego, czy Polsatowego tasiemca o alkoholikach, byłoby spoko sobie pooglądać takie perypetie. Gość wraca po libacji i dla zabawy jak nie wypierdoli żonie taboretem w mordę! Dlaczego by nie puścić czegoś takiego? Jak już kultywujemy patologiczne zachowania, to bawmy się na całego, po co się ograniczać?

Tak sobie myślę, że my (w sensie nasze pokolenie) to jeszcze pół biedy. Mamy dostęp do sprawdzonej wiedzy, naukowych badań i mądrych głów. Coraz więcej osób nabiera świadomości i choć trochę próbuje się zmieniać, kontrolować myślenie. Współczuję natomiast pokoleniu naszych rodziców – tyle lat utwierdzania się w toksycznych przekonaniach i nawykach jest czasami już nie do odkręcenia.

Ale to temat na osobny wpis.

Zastanówmy się teraz nad następującą kwestią: jak przejmować się mniej?

Pierwszy i zarazem najważniejszy krok, to oddzielenie rzeczy, nad którymi masz kontrolę, od tych, których nie kontrolujesz. Zaczynamy od kompletnych pierdół, bo to nasza ulubiona działka. Mój ojciec potrafi wkurzyć się w pięć sekund tylko dlatego, że stoi na czerwonych światłach i jest gorąco. Znam ludzi, dla których końcem świata jest spóźnić się na autobus, a padający z nieba deszcz zobowiązuje do rzucenia soczystego kurwa mać! Już wyeliminowanie wściekania się na te małe rzeczy, których nie kontrolujemy robi wielką różnicę. To, że w głowie pojawia Ci się jakaś myśl wcale nie oznacza, że musisz ją rozwijać, a rodząca się w Tobie emocja nie obliguje Cię do podążania na nią. Możesz wziąć głęboki wdech, wyluzować. Odpuść sobie. Oszczędzaj nerwy i trenuj umysł, bo jeśli pozwalasz takim pierdom wpływać na swoje samopoczucie, to jak możesz być gotowy lub gotowa na rzeczywiście trudne i ciężkie sytuacje w życiu?

Szef miał średni humor i był dla Ciebie niemiły. Czy to Twoja wina? Jeśli nie, odpuść – jego sprawa. Nie przynoś tego do domu, nie rozpamiętuj, zostaw w biurze.

Stoisz w korku i spóźnisz się na spotkanie. Zadzwoń i powiedz, że będziesz kilkanaście minut po czasie, bo tylko tyle możesz zrobić – i wyluzuj.

Egzamin poszedł Ci słabo mimo, że się uczyłeś/uczyłaś? Teraz możesz tylko spokojnie czekać na wynik, biczowanie się w myślach w niczym tutaj nie pomoże. Natomiast jeśli przygotowania do egzaminu zastąpili: facebook, znajomi i kac, to przekuj wyrzuty sumienia w determinację, wyciągnij wnioski i przyłóż się do poprawki. Obiecaj sobie, że kolejnym razem się postarasz i przestań kisić się w negatywnych emocjach. Bo przeszłości nie zmienisz, ale masz spory wpływ na to, co stanie się w przyszłości.


W stresogennych sytuacjach kontrola własnych myśli jest nieoceniona.

Ucinanie ich lub naprostowywanie w momencie, w którym zaczynają zbaczać w ciemne rejony zwiastując katastrofę. Gdy dodamy do tego pełne skupienie na tym, by wykonać daną rzecz nie perfekcyjnie, a tylko najlepiej, jak potrafimy w danej chwili – otrzymujemy przepis na sukces. W ten właśnie sposób w końcu zdałem prawo jazdy (nie pytajcie, za którym razem, proszę) i porwałem widownię moim pierwszym w życiu wystąpieniem publicznym. Byłem koszmarnie zestresowany przed – i to tak bardzo, że rozważałem nie poprowadzić wykładu wcale. Rozumiecie, za ścianą kilkadziesiąt osób; wszyscy przyjechali mnie zobaczyć, a ja myślę tylko o dwóch opcjach:

  1. Obudzić się z tego koszmaru
  2. W przypadku, gdyby się okazało, że to jednak nie koszmar, a rzeczywistość – znaleźć najbliższe wyjście ewakuacyjne i pobić rekord w sprincie na kilometr

 

Uratowało mnie, że postanowiłem na trzeźwo ocenić sytuację i być szczerym z samym sobą. Wiedziałem dobrze, że technicznie moje wystąpienie zapewne będzie słabe. Nie miałem warsztatu ani doświadczenia. Pogodziłem się z tym faktem i go zaakceptowałem. Jedyne, co mi zostało to wyjść na scenę, postarać się nie zemdleć z wrażenia i powiedzieć wszystko, co mam do powiedzenia najlepiej, jak potrafię – od serca. Gdy skończyłem mówić, otrzymałem owacje na stojąco. Najśmieszniejsze jest to, że nigdy później nie udało mi się tego powtórzyć – mimo, że już miałem warsztat i moje wystąpienia były dużo bardziej przemyślane.


Czasem czujemy się źle i zamartwiamy dlatego, że ciągle popełniamy te same błędy.

Popełnianie błędów samo w sobie nie jest złe i zdarza się każdemu. Złe natomiast jest, jeśli nie wyciągamy wniosków i po raz setny dziwimy się, że wsadzając rękę w ogień czujemy ból.

Gdy pozwalamy ludziom przekraczać pewne granice, wchodzić nam na głowę i nie ćwiczymy asertywności.

Gdy się lenimy, piętrząc rzeczy do zrobienia i przytłaczają nas terminy – a mimo to nie staramy się sprawniej organizować czasu.

Gdy chorobliwie boimy się przyszłości, nie rozumiejąc, że jest ona wynikiem tego, co robimy TERAZ. Jeśli teraz ogarniasz życie i Ci wychodzi, to będziesz ogarniać też za 5 i 15 lat. Natomiast, jeśli w życiu masz burdel i nic z tym nie robisz, to Twój strach jest uzasadnionym mechanizmem obronnym, który wyświetla wielki, czerwony napis: ZACZNIJ COŚ ZMIENIAĆ!


Dużo do zrobienia = dużo stresu.

Sam ostatnio złapałem się na tym, że przez natłok spraw na głowie przestałem wyrabiać psychicznie. Chodziłem poddenerwowany, nie potrafiłem nawet na chwilę złapać wytchnienia. Przejmowałem się wszystkim po kolei i dodatkowo wkurwiał mnie sam fakt, że się tak przejmuję (!). W końcu przyszedł moment, w którym uświadomiłem sobie, że wszedłem w ślepą uliczkę. Wtedy zatrzymałem się i posegregowałem sprawy na:

1. Takie, na które nie mam wpływu, więc przejmowanie się nimi jest bez sensu. Pozostało tylko je zaakceptować i przestać poświęcać im uwagę.

2. Takie, na które mam wpływ i mogę załatwić od razu. Usiadłem więc i w kilka godzin ogarnąłem niewygodne rzeczy, które męczyły mnie od miesięcy. Wszystkie inne, wymagające codziennej uwagi wrzuciłem na listę, którą ogarniam zaraz po przebudzeniu rano, żeby przez resztę dnia nie musieć o nich myśleć.

3. Takie, na które mam wpływ, ale nie mogę ich załatwić od razu. W tym przypadku po prostu zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by nadać im właściwy kurs. Teraz pozostaje cierpliwie czekać, dalej wykonywać dobrą robotę i przestać się martwić.

Efekt? Natychmiastowa ulga i wewnętrzny luz.


Grzęźniemy w naszej obsesji kontrolowania wszystkiego i nawet nie zauważamy, kiedy zaczynamy pożerać własny ogon.

To nie jest tak, że uświadomisz sobie te rzeczy raz i już nigdy nie będziesz się przejmować. Niestety, nasz mózg tak nie działa. Zapominamy, na powrót dajemy się wciągnąć w bagno i znów się z niego wydostajemy. To sinusoida. Nie piszę tego wpisu tylko dla Was, ale przede wszystkim dla siebie. By wrócić do nauki umiejętności, jaką jest odpuszczanie lub/oraz (w zależności od sytuacji) kontrola myśli. Przypomnieć sobie te z pozoru proste rzeczy, które równie łatwo pogrzebać codziennością.

Problemy były, są i będą. Gdy rozwiążesz jeden, w jego miejsce wyrośnie następny. Tak ma być i jest to dwubiegunowa esencja życia. Możemy albo to zaakceptować, nauczyć się zarządzać naszymi emocjami albo powoli się wyniszczać, serwując sobie końską dawkę kortyzolu każdego dnia. Szczęśliwi ludzie to nie ci, którzy oszukali system – i w cudowny sposób pozbyli się wszystkich mniejszych i większych spraw ciążących na karku – tylko ci, którzy mimo to potrafią cieszyć się życiem i uśmiechać. Zatrzymać na chwilę, docenić przyjemny moment lub towarzystwo znajomych. Przymknąć oczy leżąc na łące i mimo tych piętrzących się w głowie rzeczy do zrobienia po prostu odpuścić na trochę. Bo one nie uciekną, ale życie już tak – a myślenie o problemach skutecznie zabija okazję do złapania oddechu i utrzymania balansu.

Przy takiej intensywności życia i torpedowaniu informacjami potrzebujemy balansu nie mniej, niż powietrza.

comments powered by Disqus

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

#Dziennik

30

(Nie)zwykły poniedziałek

Przetrzyj swoją szybę

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.