Please enable JavaScript to view the comments powered by Disqus.
20 Lis
 KOMENTARZY
, , , , ,
#Podróże

Znikam

Gdy opuszczałem Manilę dwa lata temu, ktoś mi powiedział: “Publish your book and come back here”. Książkę wydałem, bilety mam kupione i odliczam czas do momentu, w którym rozparty w wygodnym fotelu będę mógł uśmiechnąć się do ślicznej stewardessy i poprosić o Jamesona z sokiem jabłkowym. Tym razem obiecuję pić rozsądnie, tj. tak, żeby nie zemdleć na pokładzie samolotu.

Jeśli miałbym powtórzyć tylko jedno doświadczenie z mego krótkiego życia, byłaby to z całą pewnością podróż na Filipiny. Manila zmieniła mnie na zawsze i mimo 24 miesięcy, jakie minęły od ostatniej podróży – nie przestałem tęsknić nawet na chwilę.

Pomimo rozległych raportów, jakie spisywałem wtedy na blogu, nie zamknąłem wyprawy żadnym podsumowaniem. Zabierałem się do tego kilka razy i za każdym ostatecznie się poddawałem. Przerastało mnie, że miałbym skompresować takie przeżycia do notki na blogu. Z drugiej strony wiedziałem też, że wciąż znajduję się pod wpływem bardzo silnych emocji i mogę pewne kwestie przekoloryzować. Ponieważ już jutro z rana wsiadam w samolot, wrzucam tu na szybko mały flashback:

Wizyta w Azji była jak przejście na drugą stronę lustra, do świata z innymi prawami fizyki. Dzięki tak dalekiej podróży nabrałem dystansu do samego siebie, spraw, które zostawiłem w Polsce i przekonałem się do regularnego kręcenia vlogów. Zrozumiałem, jak bardzo tempo i intensywność skorelowane są z miejscem, w którym się żyje. Przestałem wierzyć w bajkę pt. “jeśli bardzo chcesz, możesz żyć na najwyższych obrotach niezależnie od tego, gdzie byś nie mieszkał”. Bawiąc się w warszawskim klubie nie możesz spontanicznie wyciągnąć z niego znajomych po to, by w trzy godziny później podziwiać wschód słońca na plaży rajskiej wyspy, z drinkiem mango w łapie. Co najwyżej możesz ich wyciągnąć na kebaba. Tu nie chodzi o chęci, a o możliwości. Wbrew temu, co prawią znani kołcze od samorozwojowej masturbacji, wizualizacją załatwisz sobie tylko wymarzone Ferrari.

Miesiąc, który spędziłem na Filipinach był tak skondensowany, że spokojnie zmieścił w sobie rok spędzony w Polsce, a może i lepiej. Mój mózg przebudził się z letargu, został podkręcony na najwyższe obroty i ostrzelany nieoczekiwanymi bodźcami. Każdego dnia zaskakiwały mnie nowe smaki kosmicznie pysznego jedzenia, niesamowite miejsca, niezapomniane imprezy i spontaniczne perypetie jak żywcem wyjęte z filmów pokroju Californication, czy Kac Vegas.

Nigdy nie zapomnę nocy, kiedy w wyspę, na której spędzaliśmy weekend uderzył tajfun. Byliśmy odcięci od świata, a porywisty wiatr przygniatał do ziemi wysokie palmy, które wyglądały, jakby zrobione były z pianki. Poszliśmy z Mary do pokoju obok i bzykaliśmy się tak, jakby tym razem słońce miało nie wstać, a gdy dochodziliśmy, razem z nami dochodził huragan, przerabiając pobliskie chaty na drzazgi z nieopisaną furią, zalewając wszystko hektolitrami wody. Następnego dnia musieliśmy przedzierać się przez dżunglę i góry do najbliższego miasta – bez jedzenia i wody pitnej – i przy okazji kilka razy walczyć o życie. Dowiedziałem się wtedy wiele o sobie i zrozumiałem, że takich insightów nie dołączają do żadnych wycieczek all-inclusive.

Ten wyjazd zacementował moją wiarę w siebie i przekonanie, że zawsze sobie w życiu poradzę – niezależnie od okoliczności. Pozwolił mi bardzo mocno odkleić się od opinii ludzi na mój temat. Gdy nagle wybierasz się na koniec świata, poznajesz tylu wspaniałych ludzi i doświadczasz rzeczy, które zapamiętasz do końca życia, przejmowanie się hejtem jakiegoś internetowego no-life’a wydaje się być równie rozsądnym pomysłem, co sprawienie sobie dożywotniej prenumeraty Tele Tygodnia.

Zrozumiałem, że to, czy czas płynie wolno czy szybko zależy od tego, jak spędzamy nasze dni. Jeśli żyjemy rutyną, a poniedziałek zlewa się z każdym innym dniem tygodnia, to patrząc w kalendarz złapiemy się za łeb próbując zrozumieć, gdzie przepadł nam ostatni miesiąc. Jeśli z kolei doświadczamy wielu nowych bodźców, a każdy dzień wypełniony jest czymś emocjonującym i świeżym, czas się rozciąga (a wena jest King Konga). Ja po miesiącu spędzonym na Filipinach miałem wrażenie, że minął rok i absolutnie nie uważałem, że podróż minęła mi zbyt szybko. Natomiast gdy wróciłem do Polski, słuchałem od znajomych, że te 30 dni minęło im jak z bicza strzelił.

Mniej więcej wiem, czego mogę się spodziewać się po powrocie na Filipiny. Jestem również świadom tego, że z pewnością mnie zaskoczy, po raz kolejny wybudzając z letargu. Potrzebuję tego wyjazdu, by zdjąć mgłę z mózgu i odzyskać klarowność. Chcę sobie parę rzeczy przemyśleć i naładować baterie słoneczne. Chciałbym powiedzieć, że będę tęsknił za nocą o 16:00 i pizgawicą przegryzającą nawet najgrubszy płaszcz. Za solą, która wżera się w buty i humorami kasjerek w osiedlowych sklepach. Chciałbym, ale nie mam serca Wam kłamać.

Tak jak dwa lata temu, tak i teraz będziecie mogli ten trip przeżywać razem ze mną za pośrednictwem Instagrama. Jeśli jeszcze nie klepnęliście “follow”, to lepszej okazji nie będzie. Przy okazji, od paru dni staram się zrozumieć, w jaki sposób działa Snapchat. Nie wiem, czy jestem już tak kurewsko stary, czy ta apka jest aż tak nieintuicyjna. Po rozmowie z kumplem doszliśmy do wniosku, że trzeba chyba pójść pod najbliższe gimnazjum i zastraszyć jakiegoś yolo-gówniarza, żeby nam wszystko dokładnie wytłumaczył.

Anyway, moje konto na Snapchat: v1ncent.pl. Ogarnąłem na tyle, że potrafię coś tam wrzucić. Spodziewajcie się niespodziewanego.

Tak jak przy ostatnim tripie do Manili, tak i tym razem pojawi się kilka raportów, na bieżąco komentujących moje przygody. Stay tuned!

PS. Sorry, że wpis trochę chaotyczny, ale jutro z rana wylot, a ja nie ogarnąłem jeszcze połowy spraw, które powinny być ogarnięte.

PS2. Do przeczytania, kocham Was…

…ale tylko trochę.

comments powered by Disqus

Nie przegap

# • # • # • #

Już wiem, gdzie jesteś

#Dziennik

Przetrzyj swoją szybę

No hej

Linie pęknięć

O vincencie

Dzięki swej determinacji zmienił się z zakompleksionego introwertyka w konkretnego, pewnego siebie faceta. Autor niniejszego bloga, współpracownik CKM oraz trener rozwoju osobistego.